wtorek, 28 października 2014

Rozdział 12

            Przymykam oczy i rozwieram wargi. Z mojego gardła wydobywa się kolejny jęk, a on zagłusza go swoimi ustami. Z trudem oddaję pocałunki, bo czuję jak penetruje moje wnętrze swoim członkiem i to zupełnie mnie dekoncentruje.
            Jest tak cudownie…Czerpię przyjemność z każdego pchnięcia Matthew. Zaczyna przyśpieszać, a ja coraz głośniej krzyczę.
            - O mój Boże – powtarzam.
            - Jesteś blisko, więc dojdź – rozkazuje mi.
            To on tu decyduje. To są jego zasady. Ja muszę się przystosować. Moja klatka unosi się, a ja zamykam oczy i krzyczę. O tak…To przyjemne uczucie ciepła rozlewa się tam na dole.  Opadam na łóżko, a Matt kończy zaraz po mnie.
            Jego usta błądzą po mojej szyi zostawiając pocałunki. Tak mi błogo. Jestem zmęczona, ale spełniona. Mężczyzna podnosi się i uwalnia mnie.
            Z półprzymkniętymi powiekami przyglądam mu się. Jest piękny. I teraz mój. A ja…A ja jego.
            Delikatny dotyk na moim ramieniu, wybudza mnie ze snu. Powoli otwieram oczy, czując jak Matthew przesuwa palcami po mojej skórze, powodując miliony dreszczy przechodzące przez ciało. Cudowna pobudka – myślę odwracając się w jego stronę.
            Opiera się na ręce, a ja widzę jego napięte mięśnie. Wygląda tak bosko i świeżo. Figlarny uśmiech pojawia się na jego twarzy. Odwzajemniam go lekko się przeciągając.
            - Witaj Rosemary – nasze usta spotykają się w słodkim pocałunku.
            Mruczę zachwycona smakiem jego warg. Serce kołacze jak oszalałe, gdy pogłębia tą pieszczotę.
            - Witaj Matthew – odpowiadam, biorąc oddech. Mój głos zdaje się być bardziej piskliwy niż zawsze.
            Przylegam ciałem do jego ciała i uśmiecham się zadowolona. Gładzi moje plecy i całuje po włosach. Zaciągam się zapachem mojego mężczyzny, nie przejmując tym czy zdążę do pracy. Między nami panuje cisza, ale żadnemu to nie przeszkadza. Brunet spokojnie oddycha zanurzając twarz w moje włosy, a ja zamykam oczy.
            Jakie mam szczęście, że tu jestem? Że mogę dzielić z nim te przyjemności. Nie marzę o niczym innym jak zostać w tym łóżku na zawsze z Matthew. Za wszelką cenę chcę go poznać. Każdą wadę i zaletę. Mam nadzieję, że pozwoli mi na odrywanie siebie.
            Wczoraj zauważyłam jak się zmienia, gdy ma kontrolę. Jest inny. Tę stronę Matta też uwielbiam, ale chcę wiedzieć dlaczego. Dlaczego jego pasją jest seks. Taki seks. Powinnam zapytać? Nie jestem pewna czy będzie chciał mówić. Ale tak strasznie mnie to ciekawy. Cholera.
            - Na pewno jesteś głodna. Zrobię śniadanie i pojedziemy do pracy. Jest dopiero siódma – słyszę przy uchu. Całuje moją skroń i podnosi się ubierając.
            Przez chwilę obserwuję jego idealne ciało i znów sobie zazdroszczę. Matthew mruga do mnie wychodząc z pokoju.
~*~
Siadam przy stole i zaczynam jeść omlety. Mam jeszcze trochę czasu. Patrzę na Matthew, który w ogóle się nie odzywa. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o nim i jego rodzinie. O czymkolwiek. On mnie zna bardziej niż ja siebie. Wie bardzo dużo. Czas się odwdzięczyć.
- Matthew? – zaczynam szeptem.
Podnosi na mnie wzrok i bierze łyk pomarańczowego soku.
- Tak?
- Ktoś cię nauczył tego wszystkiego? No wiesz…Zabaw – mówię skrępowana.
Na moje policzku wchodzi rumieniec. Zawstydzona swoim pytaniem, spuszczam wzrok i wbijam go w uda.
- Tak – odpowiada, a ja nie potrafię na niego spojrzeć. – Moja nauczycielka w liceum, nauczyła mnie tego wszystkiego.
Mam w to uwierzyć?! Może po prostu chce mnie zbyć? To nie może być prawda…Molestowała ucznia? Tak to wygląda. Och, jestem głupia. Nic nie rozumiem.
Patrzę na mężczyznę, szukając u niego w oczach szczerości. Widzę ją. Chociaż jego twarz zastygła i nie ukazuje, żadnych emocji, to oczy wszystko zdradzają. Walczy ze sobą w środku, próbując zachować coś co ja bardzo chcę wiedzieć.
– Nauczycielka? – pytam bez tchu.
– Tak Rose. Była moją nauczycielką w obydwu dziedzinach, ale nigdy mnie nie dotknęła tak jak pewnie pomyślałaś – kończy temat. – Odwiozę cię. Sam mam zaraz spotkanie.
Podnosi się, zbierając talerze. Przeczesuję palcami blond włosy i zastanawiam się nad tym co mi wyznał. Opowiadała mu o swoim doświadczeniu w łóżku? Uczniowi, który na lekcji w dzień siedział wśród kolegów i słuchał teorii? Ale wierzę mu. Wierzę, że to jest tajemnicza prawda.
Wychodzimy z domu. Jestem zszokowana. Nie odzywam się całą drogę. W końcu podjeżdża pod księgarnię i wyłącza samochód. Wysiada i otwiera mi drzwi. Z jego pomocą robię to samo, ale gdy tylko jestem już w pionie zostaję przyciśnięta do drzwi auta.
- Rozpraszasz mnie… - Mówi Matthew i wpija się w moje wargi.
Oddaję pocałunki, a mężczyzna przyciska mnie bardziej do siebie. Odrywam się od niego w celu zaczerpnięcia powietrza. Patrzę w jego oczy. Są ciemnoszare z pożądania.
- Nie przygryzaj wargi. – Rozkazuje ostro i znów mnie całuje sam ją maltretując.
- Matthew… - Sapię między pocałunkami. – Musze iść… - Przyciska mnie do auta.
- Idź… - Nie przerywa swojego zajęcia.
- Jak? – Oddaję pocałunek i mężczyzna mnie puszcza.
- Do zobaczenia panno Travolt. Przyjadę po ciebie… - Daje mi szybkiego całusa i znika w samochodzie.
Patrzę jak odjeżdża kręcąc głową. Jest niemożliwy. Kieruję się do księgarni, w której czeka zniecierpliwiony Harry.
- Rose… - Zaczyna, gdy tylko wchodzę do budynku.
- Wiem. Przepraszam. Ostatni raz… - Patrzę na zegarek. – Hej! Nie spóźniłam się!
- Mnie to mówisz? – Pyta zaskoczony i powstrzymuje śmiech.
- No to czego ode mnie chcesz? – Ściągam palto i zawieszam je na haczyku w magazynie.
- Żebyś stanęła za kasą. - Uśmiecha się promiennie i znika w przedziale książek.
Co za człowiek… Najpierw niepokoi cię, że coś zbroiłaś, a później tak rzuca swobodnie… Stań za kasą! Bo dlaczego nie?
Dzień mi się strasznie dłuży. Nie ma żadnego wielkiego ruchu. Wpatruję się w tykający zegar. Sekunda za sekundą… minuta za minutą. Kwadrans za kwadransem. Godzina za godziną. Dochodzi piętnasta. W tym czasie zdążyłam posprzątać i rozpakować towar na zapleczu. Poukładać alfabetycznie wszystkie książki i pomóc kilku starszym panią, które niedowidzą. Szalenie niespotykana i… niebezpieczna rozrywka.
Biorę ubranie i żegnam się z szefem. Otwieram drzwi do budynku i widzę w nich Christiana.
- Co ty tu robisz? – Pytam zaskoczona.
- Też Cię miło widzieć… - Mówi i spuszcza wzrok.
- Czego chcesz?
- Porozmawiać. – Odpowiada i patrzy na mnie świecącymi oczami.
- No dobrze.
Wychodzimy na chodnik i kierujemy się do parku.
- Rose… ja chciałbym Cię przeprosić. - Zaczyna niepewnie.
- Przepraszaj.. – Zachęcam go.
Śmieje się i staje przede mną zagradzając mi drogę.
- Rosemary Travolt przepraszam za swoje zachowanie. To się już więcej nie powtórzy. Czy będziesz w stanie wybaczyć mi i dać się namówić na kino w sobotę? – Mówi przechylając głowę w prawo z wielkim bananem na twarzy.
- Zastanowię się… - Mówię z poważną miną i odwracam się na pięcie.
- No weź! – Łapie mnie za nadgarstek i gwałtownie odwraca przodem do siebie.
Śmieje się nie mogąc już więcej ukryć rozbawienia i wtulam się w tors przyjaciela.
- No przecież, że Ci wybaczam! Jak mogłeś w ogóle inaczej pomyśleć?!
- Uwierz mi, mogłem. – Jego mina wyraża ulgę. Powoli zaczyna do niego trafiać to co powiedziałam. – Dzięki Rose….
- Haha. – Nadal trzęsę się za śmiechu. W jednej chwili staję się znów poważna i unoszę rękę pokazując palec wskazujący do góry. – Ale kino w sobotę jest nadal aktualne… - Zaznaczam.
- Dla ciebie wszystko. – Przeczesuje włosy i głęboko oddycha.
- Co Ci? – Pytam.
            - Kamień spadł mi z serca. Nie słyszałaś jak obił się o chodnik? – Pokazuje na kostkę pod nami.
~*~
Przepraszam, za aż tydzień opóźnienia, ale straciłam poczucie czasu. Następnym razem stawię sobie przypomnienie. Zapraszam do dalszego czytania!

wtorek, 14 października 2014

Rozdział 11

            Przygryzam wargę i opieram jedną dłoń o jego tors.
            - Chcę, żebyś była moja .
            - Chciałabym być twoja ale..
            - Tak?
            - ..ale nie mam pewności czy jestem odpowiednia.
            - Jesteś. Tylko pytanie czy chcesz wejść do mojego świata, w którym mam pięćdziesiąt odcieni.
            I znowu to pytanie. Chce? Biorę głęboki oddech i kiwam głową. Matthew kładzie ręce na moich biodrach. Pochyla się i łączy zachłannie nasze usta.
            Tak. Teraz mogę umierać. Przybliżam się nieznacznie i oddaje pocałunek. Czuję uśmiech Matthew podczas tego. Kończy mi się oddech, a mężczyzna odsuwa się.
            - Lepiej wsiądź do auta Rosemary, zanim cię w nim przelecę.
            Otwiera mi drzwi z czego od razu korzystam i do niego wsiadam. Zapewne jego groźby byłyby realiami. Nie chcę wątpić. Matthew jedzie na tor wyścigowy.
Jest tu masa ludzi. Słychać warkoty aut i dopingi kibiców.
            - Kibicujesz czy będziesz jechać ze mną? - pyta.
            - Chyba zostanę. - tchórze.
            - Dobrze - wysiada i otwiera mi drzwi. Pomaga wysiąść, a zaraz obejmuje w talii.       Wolnym krokiem podchodzi do mężczyzn, gdy ja idąc obok rozglądam się. Tyle ludzi. Telewizja. Inne media.
To głośna sprawa, ale chyba jak całe życie tego człowieka. A teraz w jakimś stopniu jestem jego częścią. Na tablicy dostrzegam listę zawodników gdzie widnieje jego nazwisko.
            - Zaprowadzisz panią w bezpieczne miejsce Josh. - wydaje polecenie mężczyźnie w garniturze.. trochę tu nie pasuje.
            - Przyjdziesz tam potem?- łapię kurczowo jego rękę.
            - Przyjdę maleńka. - uśmiecha się do mnie
            - Okay..- kiwam głowa i odchodzę ze wskazanym mężczyzną.
            Wszystko mogę obserwować stąd. Naprawdę czuję emocje. Siedzę za barierką dla osób vip .
            Widzę jak na starcie zaczynają ustawiać się auta. Obserwuje samochód Matthew. Zaraz od pistoletu oznaczającego początek mocno trzymam kciuki. Ruszają tak gwałtownie. Piach unosi się do góry. Gdy jestem w stanie znowu ich dostrzec są już daleko.
Wszystko jest nagrywane i widzę to na telebinach. Auto numer 12 obejmuje prowadzenie
Wszystko dzieje się bardzo szybko i chaotycznie.
            Ale za to mi się podoba. Zagryzam wargę patrząc na auto Matta, które po dwóch godzinach przekracza metę.
            Wygrał! Wstaje bijąc brawo jak reszta publiczności.
            Jestem bardzo zadowolona. Nie chciałam się zawieźć. Och, ale ma brudne auto. Całe w piachu.
            Wychodzi zadowolony z kaskiem pod pachą. I co widzę? Jak puszcza mi oczko. Właśnie mi.
            Uśmiecham się robiąc się cała czerwona. On tak strasznie mnie Zawstydza, a zarazem powoduje motylki w brzuchu. To zdecydowanie cudowne uczucie. Widzę jak wchodzi na podium i odbiera nagrodę. Dla niego to pewnie nic. Wpatruję się w niego i wiem, że on to całkowicie nie pasuje. Matthew White bez garnituru w starych spodniach, ale jednak z najlepszej półki. Ten człowiek mnie zaskakuje. Ściąga koszulkę i rzuca w tłum, a potem bierze mikrofon.
            - Wygrana jest dla mnie ważna i sama satysfakcja mi wystarczy. Pieniądze z nagrody pójdą na budowę szpitala dla dzieci chorych. Dziękuję wam za wsparcie. I tobie Rosemary.
            Czuje wzrok tych wszystkich ludzi i chce zapaść się pod ziemie. Tak, on mówi o mnie. Dobrze słyszycie, ale nie patrzcie się tak na mnie.
Znowu słychać brawa i wszyscy zaczynają się rozchodzić. Jedni wracają do domu a inni idą na after party.
            Matthew przychodzi do mnie jak obiecał. Przebrany w jeansy i błękitną koszulę.
            - Chodźmy Panno Travolt. Jedziemy na kolacje - wyciąga do mnie dłoń.
            Łapie za nią i od razu czuje się lepiej przy jego boku. Uśmiecha się i całuje mnie w czoło.
            - Jak było? - trzyma moją rękę w swojej większej i prowadzi do auta.
            - Byłeś świetny...jak zawsze zresztą.
            - Co za komplementy Rose.
            - To po prostu prawda.
            - Prawda jest taka, że mam ma ciebie straszną ochotę - mówi wprost do mojego ucha.           Jego Oddech drażni moją skórę. Odsuwa się i otwiera drzwi od auta. Wsiadam trochę zesztywniała. Nawet nie zauważam gdy ruszamy Droga mija w ciszy. Jestem za bardzo zajęta swoimi myślami. Czuje wzrok mężczyzny na sobie wiec posyłam mu uśmiech.
Też się do mnie uśmiecha. Nie jedziemy do restauracji. Droga prowadzi do jego domu.
Parkuje przed nim. Wysiada i otwiera przede mną drzwi.
            - Co byś zjadła?
            - Sałatka?
            - Jak sobie życzysz. - otwiera drzwi.
            Wchodzę do środka i poznaje bogate wnętrze. Idziemy od razu do kuchni.
Pomagam mu i razem robimy danie. Nie ubrałam się jakoś specjalnie, a i tak go pociągam. Sam tak powiedział. Uśmiecham się w duchu. Co ze mną zrobi? Dzisiaj do czegoś dojdzie?
Chciałabym żeby doszło. Ostatnio nie było widocznie bardzo źle.
Siadamy do stołu.
            - Wina?
            - Poproszę
            - Białe? Czerwone?
            - Białe.
            Wstaje i podchodzi do barku. Wyciąga kieliszek oraz butelkę alkoholu. Stawia je na stole i napełnia naczynia winem podając mi jedno z nich. Siada naprzeciwko i dalej jemy kolację. Bardzo dobrze się czuję. Wino, które pijemy musi być bardzo drogie. Zakładam nogę na nogę biorąc łyk trunku.
            - Jesteś gotowa? Chciałbym pokazać ci mój pokój zabaw.
            - Wydaje mi się że tak..
            - Więc chodź - podnosi się.
            Wstaje z opóźnieniem i podążam za nim po schodach. Nie byłam tam jeszcze. Matthew trzyma mnie za rękę. Idziemy na sam koniec długiego korytarza. Ciężkie drzwi otwierają się, a ja widzę pokój w kolorze brązu i beżu. Wraz z przekroczeniem progu owiewają mnie ponowne wątpliwości. A jeśli to będzie boleć? Widzę dużą komodę, ale nie mogę powiedzieć co w niej jest.
            Patrzę na mężczyznę nie wiedząc co ze sobą zrobić.
            - Ufasz mi? - pyta cicho.
            - Tak..- mówię szeptem.
            - Więc rozbierz się.
            - Tutaj?
            - Tak.
            Niepewnie zsuwam swoje buty, a następnie spodnie i bluzkę. Matthew ściąga koszulkę i podchodzi do mnie. Patrzę w górę szukając jego wzroku. Jest nieco chłodniejszy. Kładzie ręce na moich biodrach i przysuwa mnie. Nasze klatki zderzają się ze sobą. Denerwuje się ale tak ja mówiłam ufam mu. Pochyla się i całuje moją szyję. Cicho Wzdycham. Zagryzam wargę mocno starając się nie zrobić czegoś nieodpowiedniego.
            - Połóż się na łóżku Rosemary, a ja cię przypnę.
            - Po co?- wypalam.
            - Żeby sprawić ci przyjemność. Twoje nie kontrolowane ruchy mi to uniemożliwią . Nie wiem co powiedzieć wiec tylko kiwam głową i podchodzę powoli do łóżka. Ledwo Opieram dłonie o jasną narzutę, kiedy mój stanik zostaje rozpięty. Przeklinam w myślach i biorę głębszy oddech.
            - Jesteś piękna i już moja - całuje mnie po łopatce i zahacza palcami o dolna bieliznę.
            Za chwile znów będę przed nim całkowicie naga. Przecież juz mnie widział.. Nie mogę się krepować. Nie jego. Przecież tego chce. Pragnę go i jego bliskości.
            - Połóż się Rose.
            Robie co mówi czując skręcanie w brzuchu. Matthew odsuwa się i podchodzi do komody. Widzę jego umięśnione plecy. Nie mam pojęcia co może stamtąd wyciągnąć.
A nie. Po chwili widzę kajdanki. Mówił o nich. Po prostu mnie przypnie. To wszystko.
Zimny metal zamyka się na moich rękach i nogach Dreszcz przebiega przez moje ciało gdy zostaje całkowicie unieruchomiona. Ma nade mną całkowitą kontrolę . Ściąga koszulkę i spodnie. Nie mogę oderwać od niego wzroku. Chociaż obawiam się tego wszystkiego, wiem że mnie nie skrzywdzi . Ufam mu bardziej niż sobie samej Pochyla się i całuje mnie między piersiami Zagryzam mocno wargę czując jego usta na swojej skórze. Znów te dreszcze. Kładzie dłonie na moich udach i je masuje . Momentalnie słychać brzdęk metalu gdy chce podkulić nogi.
            - Leż spokojnie Rose. - Upomina mnie
            Łatwo powiedzieć. Zaciskam zęby. Wysuwa język i błądzi nim aż do złączenia moich ud. Zaczynam się kręcić jak tylko jest to możliwe.
            - Rose bo usztywnię cię jeszcze bardziej.
            - Przepraszam..
            - Jasne… Leż .
            - To trudne..- skarżę się.
            - Tak? - odsuwa się lekko i patrzy mi w oczy. Jego palce dotykają mojej kobiecości.
            - Tak..- mówię ciężej.
            - A dobrze ci?
            - Myhym..
            Rozsuwa zdecydowanie moje nogi.
            - Nie dam ci dojść tak łatwo.
            - Dlaczego?- czuje złość.
            - Bo nie słuchasz.
            - Przecież nic nie zrobiłam..
            - Och Rose. Żebyś się nie zdziwiła.
            - Proszę..
            - O co?- wsuwa palce w jeszcze ciasną szparkę .
            - Rób tak..- co ja wygaduje? To nie ja..
            - Tak jak teraz?
            - Tak.
            Wsuwa i wysuwa dwa palce. Robi to w rytmiczny sposób. Rozwieram wargi. Oddycham otwartymi ustami biorąc urywane wdechy. To jest nowe doznanie i zdecydowanie przyjemne. Zamykam oczy i oddaję się temu co robi ze mną Matt. Zaczynam jęczeć czując coraz większe napięcie. I nagle przestaje. Nic nie robi. Odsuwa się.
            - Nie..- nawet nie wiem kiedy to mówię. Jest mi potrzebny
            Wraca do moich ust. Przez chwilę jego język zacięcie walczy z moim, a później wsuwa palec do środka.
            - Ssij - szepcze.
            Marszczę brwi jednak zawstydzona robię co mówi. Mój smak. Słony, ale dobry. Patrzę na niego. Wzrokiem badam rysy twarzy. Nic nie umiem z nich teraz odczytać.
            - Mam w ciebie wejść? Powiedz czy tego chcesz - mruczy i znów mnie całuje.
            - Chce. - wzdycham w jego usta.
            - Jak bardzo skarbie?
            - Ogromnie, potrzebuje tego..
            Przesuwa palcami po moich żebrach. Później w dół, aż dotyka mojego kolana. To powolne tortury. Rozsuwa moje nogi na odpowiednią szerokość. Zdenerwowanie już odpłynęło. Czuje tylko podniecenie i jego bliskość. Jego błogą obecność. Podnosi się na rękach i nade mną zwisa. Nasze usta łączą się w jedność. Rozchylam wargi i mój język zaczyna walczyć z jego.
            - Masz uzależniające usta - mówi odrywając się ode mnie.
            - Ty również..- sapie.
            Przymykam oczy i chwilę później czuję go w sobie. Och, tak idealnie mnie wypełnia. Zadaje powolne, ale precyzyjne pchnięcia. Zaciskam się na nim całą sobą.
            Próbuję położyć ręce na jego barkach, ale ruch utrudniają mi kajdanki. No tak. Zapomniałam. Ale nie skupiam się teraz na tym, że jestem ubezwłasnowolniona.
            - Rose, maleńka – szepcze mi do ucha. – Jesteś idealna.

wtorek, 7 października 2014

Rozdział 10

            Próbuję przedostać się do pokoju wręcz bezszelestnie. Chyba słuchawki i muzyka będą dziś potrzebne. Jeszcze to trzeszczące łóżko...
            Po długich staraniach udaje mi się zasnąć. Sobota mija tak szybko, że nawet się nie orientuję. Na uczelni jest dużo roboty, a w domu uczę się do egzaminu na następny dzień. Nie jestem w stanie zająć myśli innymi sprawami. Z mokrym włosami siedzę na fotelu w salonie i czytam notatki.
            - Hej, mam ważne pytanie droga panno - do pomieszczenia wchodzi Alice.
            Brunetka siada na podłodze przede mną. Patrzy na mnie wielkimi oczami, bardzo ciekawymi.
            - Gdzie byłaś w nocy z czwartku na piątek?
            - Nic nie powiem bez mojego adwokata.
            - Rozumiem, że mam dzwonić po Nialla - dźga mnie palcem w kolano i zakłada ręce na klatkę. - Mów.
            - Byłam u niego..- szepcze.
            - U niego? - jej oczy powiększają się. - Żartujesz...
            Zagryzam wargę i delikatnie się uśmiecham. Przyjaciółka zakrywa usta ręką. Widzę, że się domyśla. Jest zszokowana. Ja jeszcze tez.
            - Nie jesteś juz...blond niewiastą? - mruga oczami.
            - Alice!
            - No co? - pyta głupio. - Opowiadaj. Jak było?
            - Świetnie. Było idealnie.
            - Może coś więcej? - popędza mnie ręką.
            - Ymm.. nie był do końca przekonany.
            - Przejęłaś inicjatywę? Nie wierzę!
            - Prosiłam go.
            - Och...Czyli jesteś z Matthew White' em?
            - Ja.. nie byłabym pewna.
            Chyba taka jest prawda. Nie wiem co dokładnie między nami jest. Nie określiliśmy się.
            - To znaczy?
            - Nie wiem. Po prostu nie wiem.
            - No dobra. Mam nadzieje, że będziecie razem. Wyglądacie tak słodko... - rozczula się.
            - Bez przesady..
            - Nie przesadzam. gdyby nie Niall to powiedziałabym, że zazdroszczę.
            - Tak. To chyba u nich rodzinne. To coś.
            - To coś - chichocze. - Zrobię nam kolację - podnosi się i znika w kuchni.
            Wracam wzrokiem do notatek i wszystko powtarzam. Przerywa mi przyjaciółka, z którą jem tosty. Nie rozmawiamy, bo skupiamy uwagę na filmie lecącym w telewizji. Później udaję się do siebie. Opadam na łóżko i sięgam po telefon. O mam wiadomość SMS. Od Matthew. Tylko skąd ja mam jego numer...Może mi wbił. No dobra, nie ważne. Czytam treść. "Powodzenia na jutrzejszym egzaminie skarbie".
            To takie kochane. Uśmiech gości na mojej twarzy a setce robi fikołka. Od razu odpisuje.  "Dzięki. To miłe, że pamiętasz. "
            Zaraz, czy ja mu w ogóle o tym mówiłam? - dociera do mnie. Chyba nie. Nie przypominam sobie. "Znam cały twój terminarz studencki Rosemary. Wybacz, jeśli pomyślisz ze naruszam twoją prywatność. " Dostaję odpowiedź.
            Podnoszę zdumiona brwi. Postanawiam nie odpisywać. Odkładam telefon na półkę i kładę się. Zdecydowanie lepiej jest zasypiać przy nim niż samemu. Ale jakoś odpływam.
            Stres bierze mnie dopiero rano. No tak. Egzamin. Nic fajnego. Siedzę przy stole i siłą wpycham w siebie kanapkę. Wolę coś zjeść niż zemdleć z głodu.
            - Alice idź tam za mnie..
            - Przecież ja też mam egzamin głupku - szturcha mnie i wyjada jogurt z kubeczka.
            - Nie dam rady.
            - Jasne, że dasz - zapewnia mnie..
            - Nie możesz tego wiedzieć.
            - Zawsze się denerwujesz przed testami, a potem i tak zdajesz bardzo dobrze - wzrusza ramionami i podnosi się.
            Kręcę głową. Ja swoje wiem. Obawiam się tego egzaminu jak każdego innego. Mam jednak nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.
            Po paru minutach przyjeżdża po nas Niall i odwozi każdą. Na drżących nogach wchodzę na uczelnie. Strasznie się denerwuje. Wchodzę do auli, gdy jest moja kolej
            Wykładowca zadaje pytania. Jedno po drugim. A ja powoli, lecz odpowiadam. Po prostu muszę się skupić. To wszystko trwa dwie godziny, aż wreszcie wychodzę i wpadam na twardy tors. Mój mózg dopiero po chwili rejestruje i rozpoznaje znajomą twarz.
Matthew unosi dłonie i kładzie je na moje ramiona.
            - Jak poszło panno Travolt?
            - Co ty tu robisz? - patrzę na niego.
            - Miałem spotkanie z dyrekcją. Za chwilę muszę jechać do firmy, ale czekałem na ciebie. Wszystko dobrze?
            - Tak, tak. - staje prosto i posyłam mu uśmiech.
            - Cieszę się. Chodź, odwiozę cię Rosemary.
            - Na pewno nie spieszysz się do firmy?
            - Zdążę cię odwieźć. Moja firma nie jest na odludziu - słyszę jego śmiech, gdy za mną idzie. Otwiera mi drzwi wejściowe.
            Opuszczamy budynek i zajmujemy miejsca w jego samochodzie. Mężczyzna rusza manewrując by wyjechać z parkingu.
            - Co będziesz dziś robić? - pyta uśmiechając się do mnie. Chyba ma dobry humor. To dobrze, prawda?
            - Myślałam tylko egzaminie wiec nie mam nic zaplanowane - tłumacze.
            - Masz może ochotę na obejrzenie wyścigów? - dziwne jest to jego pytanie.
            - Ty będziesz się ścigał?- pytam niepewnie.
            - Tak - przytakuje i zgrabnie parkuje między Audi a starą skodą przed moim blokiem.
            - Wiec chyba mogłabym ci pokibicować..
            - Czyli mam ci nie dawać spokoju? - puszcza mi oczko i śmieje się.
            Uśmiecham się pod nosem zawstydzona. Tylko on tak na mnie działa. Umie spowodować, że myśli odpływają.
            - Dzięki - odzywam się i otwieram drzwi.
            - A nie jesteś ciekawa o której przyjadę? - Unosi brew.
            - Przyjedziesz o...- patrzę na niego z nadzieją.
            - O siedemnastej.
            - Dobra. To...do zobaczenia.
            Pochyla się w moją stronę i składa pocałunek na moich spierzchniętych wargach. Odsuwa się z uśmiechem.
            - Do zobaczenia Panno Travolt.
            - Tak..- zamykam zadowolona drzwi i idę.
            Nie dość, że zdałam to jeszcze mnie zaprosił. I znowu mogłam poczuć jego usta.
Uśmiecham się i wchodzę do klatki. Szybko pokonuję schody.
            - Cześć - wpadam do mieszkania.
            - Cześć. Ja już dawno po, a ty tak długo - Słyszę Alice z kuchni
            - I jak?- dosłownie w podskokach do niej dopadam.
            - Zdałam. Ty chyba też, bo jesteś ucieszona - lustruje mnie wzrokiem.
            - Tak, udało się.
            - To super. Jedzonko - wyciąga z piekarnika półmisek z zapiekanką ziemniaczaną.
            - Alice..- przerywam cisze gdy jemy.
            - Wiedziałam, że chcesz mi coś powiedzieć - uśmiecha się szeroko.
            - Co u twojego brata?- nie wytrzymuje już.
            - Pytał o ciebie. Podobno nie odbierasz telefonów.
            - Pokłóciliśmy się.
            - Co znów zrobił?
            - Nieistotne..
            - Dlaczego?
            - Matthew zaprosił mnie dziś na wyścigi - zmieniam temat.
            - Na wyścigi? - patrzy na mnie zdziwiona.
            - Tak. Będzie brał udział.
            - Nieźle -Kiwa głową. Też bym nie pomyślała, że taki facet się ściga.
            - Idę się szykować. Pozdrów brata. - sprzątam po sobie.
            - Zadzwoń do niego.
            - Raczej nie.. wole nie - wyjaśniam.
            - Dobra, nie wnikam - unosi ręce do góry.
            Idę do siebie. Szykuje krótkie spodenki i kremową bluzkę. Wyciągam z szafki prostownice. Wkładam kabel do kontaktu i staję przed lustrem.
            Zaczynam prostować pasmo za pasmem. Musi być idealnie na spotkanie z idealnym facetem. Jestem gotowa o równej siedemnastej. Wyglądam przez okno i widzę jak opiera się o auto. Ma na sobie bojówki w kolorze khaki i koszulkę z 12 oraz logami sponsorów.
Poprawiam się jeszcze raz w lustrze i zbiegam na dół.
            Uśmiecha się do mnie. Szczerze.
            - Cześć - staje przed nim.
            - Cześć piękna.
            Mój uśmiech się poszerza i mocniej przyciskam do siebie swoją torbę. Obejmuje mnie ręką w talii i zdecydowanie przyciąga do siebie. Unoszę głowę, aby spoglądać w jego radosne oczy.

wtorek, 30 września 2014

Rozdział 9

            - Robię wyjątek od zasady i rozdziewiczam dziewczynę. Ale wiem, że tego nie będę żałować - jego bokserki też znajdują swoje miejsce na podłodze. Nie umiem się na niczym skupić. Jestem jak w transie.
            Uśmiecham się delikatnie. Ma skupiony wyraz twarzy. Najwidoczniej rozważa coś. Wiem, że nie chce sprawić mi bólu. Ufam mu, chociaż nie znamy się długo.
            - Proszę..- dotykam dłonią jego policzka.
            - Jesteś gotowa - mówi bardziej do siebie. Imponuje postawą nade mną. Jest umięśniony i bardzo dobrze zbudowany. Ponownie rozsuwa moje nogi, które są miękkie od wrażeń. Lokuje się między nimi i sięga po prezerwatywy.
            Widzie jak rozdziera opakowanie i nakłada zabezpieczenie.
            - Rose, mogę przerwać. Tylko mi powiedz. - słyszę.
            Kręcę przecząco głową. Nie chce się odezwać, bo nie wiem w jakim stanie jest mój głos. Może piszczę? A jak coś gorszego? Wolę milczeć. Muska moje usta i zaczyna się poruszać. Niechcący gryzę go w dolną wargę. Boże jaka jestem głupia.
            - Boli cię, przepraszam skarbie.
            - W porządku - posyłam mu uśmiech.
            - Połóż nogi na moich plecach. Będziesz czuła większą przyjemność.
Analizuje jego słowa i niepewnie owijam jego pas nogami. Rzeczywiście, uczucie się zmienia. Czuje go dosadniej. Zamykam oczy, gdy mnie całuje. Tempo mamy wolne, ale odpowiednie. Przyjemność zaczyna ogarniać mnie całą.
            To mój pierwszy raz, a już gubię się w doznaniach. Jego bliskość jest tak błoga..
Zaczyna wykonywać okrężne ruchy. Teraz ociera się o każde wrażliwe miejsce we mnie.
Jęki opuszczają moje usta pokazując jak dobrze mi jest.
            - Tak, Rosemary. Dojdź skarbie.
Jego słowa pobudzają mnie i szczytuje. Drugi raz tego poranka. To uczucie mnie rozsadza. Matthew osiąga orgazm zaraz po mnie. Łapie ciężko powietrze kładąc swoje ręce nad głowę.
Mężczyzna wychodzi ze mnie i ściąga prezerwatywę.
            - Na dzisiaj wystarczy Rose. Mogę mówić do ciebie Rose, panno Travolt? - spogląda na mnie, kładąc się obok.
            Kiwam głową naciągając na siebie satynową pościel.
            - Dobrze się czujesz? - jeździ dłonią po moim biodrze. Jego troska jest bardzo miła.
            - Na prawdę jest dobrze - patrzę na niego. - Dziękuje.
            - Nie masz za co. Prześpij się - całuje moje czoła i opiera się na ręce. Mięśnie ramienia napinają się. Czuję się wyjątkowo. Jestem zmęczona, ale euforia w moim ciele dalej jest. Wiem, że powinnam iść do pracy, ale nie chcę o tym teraz myśleć. Harry mnie nie zwolni, gdy wezmę jeden dzień wolnego.
            - Przepraszam.. Jeżeli było ci źle..- mówię skrępowana.
            - Było cudownie. Przestań doceniać same swoje wady. To ja tu jestem ten popieprzony. Niedługo Sama się przekonasz - mówi cicho i opada na poduszkę. Popieprzony? Ale jak bardzo? Co to znaczy?                     Mam taki mętlik w głowie. Moje myśli biją się ze sobą, a ja
jestem coraz bardziej zmęczona. Och Matthew, jesteś moją obsesją.
            Patrzę na niego chcąc to robić jak najdłużej, ale sen wygrywa i odpływam. Gdy się budzę jestem sama w łóżku. Wszystkie ubrania z podłogi zostały pozbierane. Rozglądam się, a moją uwagę przykuwa zegarek na ścianie. Już po dwunastej.
            Przede mną na materacu leżą czarne, zwężane jeansy i bladoróżowa bluzka z rękawami 3/4. Wszystko z najlepszych sklepów. Znajduję tez bieliznę. Czarna z koronki, ale skromna.
            Biorę wszystko i udaje się do łazienki. Ubrana wychodzę chcąc znaleźć Matthew.
            Powoli schodzę po drewnianych schodach do kuchni. Już czuję zapach kawy. Wcześniej nie zdążyłam się przyjrzeć, ale teraz zauważam kolorowe obrazy na ścianach. Gustuje w sztuce.
Jest. Stoi przy wyspie w kuchni w samych spodniach i wygląda jak model.
            Na talerzu widzę omleta. Czy on nie umie czegoś robić? Gotuje, jeździ jak zawodowiec, zarządza tysiącami pracowników.
            - Ślicznie pachnie..
            - Obudziłaś się - odwraca głowę i posyła mi uśmiech.
            - Tak. Ubrania.. dzięki.
            - Nie masz za co. Usiądź. Zjesz coś i cię odwiozę.
            Zajmuje miejsce przy wyspie i jem omleta. Matthew siada obok mnie. Zapełniam żołądek. Byłam taka głodna.
            - Siostry?- pytam podnosząc naczynie do ust.
            - Nie mieszkam z siostrami - odpowiada od razu. No tak. Dom był duży, ale przecież pusty jak ostatnio tam byłam.
            - Cieszę się wiec, że mogłam skosztować twojego dzieła jako jedna z nielicznych..
            - Jako jedyna ze mną spałaś - mówi i po chwili zaznacza. - W łóżku całą noc
            - Och...czym zasłużyłam na taki przywilej?
            - Nie wiem Rosemary - podnosi kawę i bierze jej łyk. Nawet to robi seksownie. Co za facet. - Chciałem cię jako uległą. Dbałbym o ciebie. Płacił za zabiegi, zakupy, za wszystko co byś chciała. Musiała byś być dla mnie dwa dni w tygodniu. Wykonywała moje polecenia w pokoju zabaw, a jeśli nie została karana.
            Nie umiem zareagować inaczej jak dalsze siedzenie nieruchomo z otwartymi ustami.
Powoli analizuję to co do mnie powiedział. Pokój zabaw. Co tam jest? Co może tam robić? Nie wydaje mi się, aby miał tam gry planszowe i PSP. Jestem taka ciekawa, a jednak pełna obaw. Waham się, aby zapytać. Poza tym zastanawiają mnie kary. Jakby miał mnie karać? Bolałoby?
            - Mówisz rzeczy, które.. powodują u mnie mieszane uczucia
            - Rozumiem, że się mnie obawiasz - mówi powoli patrząc mi w oczy. - Ale ja jestem bardzo skomplikowany. Mówiłem, że nie chcę zrobić ci krzywdy. Ból może być też przyjemnością - podnosi dłoń z lady i kładzie ją na moim udzie.
            - Ból? Jak na przykład..
            - Pejcz. Klapsy. Podwieszanie. Kajdanki - wymienia obojętnie.
            - Matthew spóźnię się do pracy. - wstaje pokazując na zegarek. Musze do wszystko dokładnie sama przemyśleć. Przy nim nie jest to możliwe.
Nie jestem wstanie myśleć.
            - Już się spóźniłaś. Jest dwunasta, a do pracy masz na ósmą - patrzy na mnie niepewnie i również się podnosi. - Odwiozę cię. Chodź. Jak brzuch?
            - Dobrze, dziękuję.
            Kiwa głową i idzie na górę. Bujam się na stopach, trzymając przy sobie sportową torbę po wczorajszym treningu. Schowałam tam również sukienkę od Matthew. Mija dziesięć minut, a on ubrany jak nie on, schodzi do mnie. Zwykła koszulka i jeansy. Wygląda młodziej niż zwykle. Strój może zmienić człowieka. Obejmuje mnie w pasie i prowadzi do drzwi.
Zamyka za nami drzwi i wsiadamy do auta. Nie mogę przestać patrzeć się na mężczyznę obok mnie.
            On za to skupia wzrok na wyboistej drodze. Zmienia bieg wyjeżdżając na ulicę Londynu. W tym samym czasie przenosi rękę na moje kolano. Patrzę na to miejsce i obracam głowę w stronę szyby. Za dużo. Zdecydowanie za dużo. Miniona noc była cudowna. Teraz Matthew nie da mi już spokoju. Sam to zaznaczył. Zgodziłam się na układ, a teraz muszę przemyśleć konsekwencje. Parkuje pod księgarnią Stylesa dosyć gwałtownie.
            Wysiada i otwiera mi drzwi. Odpina wszystkie pasy, którymi byłam przypięta i podaje dłoń, pomagając wysiąść. Zeskakuje lądując tuz przed nim.
            - Nie będę cię na razie nachodzić. Chyba, że w konieczności. Jak juz będziesz gotowa to sama przyjdziesz.
            - Mam rozumieć... że mogę przyjść tylko w jednej sprawie?
            - Nie. Możesz przyjść w każdej sprawie. Dobrze o tym wiesz - przesuwa palcami po moim policzku, aż do podbródka.
            - Tak..- podnoszę wzrok i patrzę mu w oczy.
            - Zawsze jestem dla ciebie - całuje kącik moich ust.
            Przeszkadza nam Harry pukający w szybę. Mam przerąbane.
            - Pora na mnie. Dziękuję za wspólnie spędzony czas.
            - Mówisz do mnie jak do szefa - śmieje się i odsuwa. - Miłego dnia Rose - puszcza mi oczko i idzie do samochodu, którym po chwili odjeżdża.
            Wchodzę do sklepu przygotowana na kazanie. Wiem jednak, że Harry za dużo razy mi odpuszczał i być może teraz też to zrobi.
            - Z nim tak balowałaś do dwunastej? Zadzwonić nie łaska? - mężczyzna krzyżuje ręce. Patrzy na mnie, ale ja widzę w jego oczach rozbawienie.
            - Haaaazza...
            - No słucham? - unosi brew. Opiera się o regał z romansami.
            - Przyprowadzę ci tu jutro świetną łaskę a ty zapomnisz co?
            - Ty i matrymonialne sprawy? - odpycha się od mebla i mnie okrąża. - Gdzie jest Rosemary i co z nią zrobiłaś?
            - Mam dobry humor.
            - Bardzo się cieszę. Za kasę i z uśmiechem do klientów. Raz, raz.
            Bez słowa sprzeciwu robię co mówi. Dzisiaj siedzę do późna. Skupiam się jedynie na wpisywaniu nowych egzemplarzy do komputera. Nie chcę myśleć...Ale kurcze. Podwieszanie?
            Nie potrafię sobie tego wyobrazić a co dopiero ze mną w roli głównej. Co jeśli się okaże się że to jedyne wyjście by go zatrzymać?
            Ale sam naruszył swoje zasady dla mnie. Kochał się ze mną uczestnicząc w moim pierwszym razie. Pozwolił mi spędzić ze sobą noc. Zaprosił na randkę i traktował jak księżniczkę. I kto to są uległe?
            Wracam do domu na prawdę zmęczona. A może jednak później go oto zapytam. Na razie zostawię te wszystkie dręczące pytania. Wpisuję ostatnią książkę i zamykam laptopa. Wracam do domu naprawdę zmęczona. Zamykam za sobą drzwi bardzo cicho. Myślałam, że Alice śpi ale słyszę ją i Nialla z sypialni.
Zatykam usta tłumiąc okrzyk zaskoczenia. Jak ona może tak głośno? Ja nie byłam tak głośno. Jak myszka, a ona..
            - Kurwa Niall!

wtorek, 23 września 2014

Rozdział 8

Gubię się. Nie mam pojęcia jak powinnam się zachować. Mówi, że nie chce mnie rozdziewiczać i wchodzić w ten układ, ale jednak wciąż pragnie.
Dlaczego się wycofuje? Czemu mi to robi?
            - Rozbierz się. - podaje mi koszulkę. To dużo za duży tshirt sportowy. - Nie skrzywdzę cię.
            - Gdzie jest łazienka?
            - Tam - pokazuje na drzwi obok szafy.
            - Dzięki. - znikam za drzwiami. Niepewnie ściągam długą suknie. Mam na sobie jedynie majtki. O Jezu... Naciągam koszulkę i zaciągam się boskim zapachem Jego.
Czy ja wariuje? Przecież chcę być tylko szczęśliwa. Przy nim na pewno tak jest. Są tak zwane motylki w brzuchu.
            Płucze usta i przeczesuje włosy palcami. Z walącym sercem wracam do sypialni.
Matthew otwiera okno. Jest ubrany tylko w bokserki. Czarne calvina Kleina. Widzę jego umięśnione ciało w okazałości.
            Jak posąg. Nie jest doskonały, ale idealny jak dla mnie.
A czy może być tylko mój? Mogę go jakoś przy sobie zatrzymać?
            - Nie ma szans żebyś to zrobił?- wyrywa mi się.
            Odwraca się do mnie. Pewnie wcześniej nie usłyszał, że weszłam. Z uniesioną brwią podchodzi do mnie. Łapie moje dłonie.
            - Masz do mnie tak duże zaufanie, aby oddać cnotę? - pyta wpatrując się w moje oczy.
            I nagle pewność siebie odeszła.
            - Ja.. chciałabym tego
            Przygląda mi się. Jego spojrzenie łagodnieje.
            - Dlaczego tego chcesz? Powiedz. Chciałbym wiedzieć.
            Zagryzam wargę i patrzę w bok z nadzieją, że znajdę tam jakąś sensowną odpowiedź, którą mogłabym mu powiedzieć.
Sama nie wiem co mogłabym...Chcę, żeby to był on. Wiem, że kiedyś mogę żałować, że się nie zgodziłam.
            - Czuje, nie umiem tego wyjaśnić rozumnie. Po prostu.. Czuje.
            - To ważna decyzja. Mówiłem. Nie chcę cię skrzywdzić, ale spełnię twoje życzenia.
            - Ja ją podjęłam.
            - Dobrze - głaszcze mój policzek. Znów czuję przyjemne ciepło bijące od niego. Mężczyzna wzdycha.
            - Ale nie dziś.
Chce zniknąć. Co za porażka. Jak zwykle musiałam się ośmieszyć.
            - Chodź. - prowadzi mnie do łóżka. Kładziemy się obok siebie. Czuję jak mnie obejmuje. - Wyobrażałaś sobie swój pierwszy raz?
            - Proszę, nie rozmawiajmy o tym.
            - Chcę wiedzieć jak chcesz, aby to wyglądało.
            - Nie wiem..- maksymalnie przytulam się do poduszki.
            - Postaram się coć wymyślić - głaszczę moje włosy.
            - Okay..- szepcze przyjmując bijące od niego ciepło.
            To miłe. Wcześniej zasypia łam sama w zimnym łóżku. Teraz leży obok mnie, a ja czuję się bezpieczna. Czuje jak spokojnie oddycha i przy tym zasypiam.
            Ciepłe promienie słońca, oświetlają moją twarz. Powoli otwieram oczy patrząc przez okno. Widok z wzgórza jest magiczny. Wszystko budzi się do życia w cudowny sposób. Światła po nocy gasną i wschodzi słońce. Słyszę ciche pomrukiwanie. Odwracam się i dostrzegam Matthew. No tak. Uśmiecham się delikatnie. Śpi bardzo spokojnie. Jego ręka dalej spoczywa na mojej talii.
            Obracam się na plecy i przypominam wczorajszy wieczór. Rozmowa była ciężka, ale w końcu coś ustaliliśmy. Będzie moim pierwszym. Nawet to brzmi jak jakaś papierkowa umowa. Ale nie przeszkadza mi to. Chce go.
Nie będę żałować. Będę jego i to mnie cieszy. Ale co może ze mną zrobić...
Nie drążę tego w głowie. Najdelikatniej jak tylko umiem podnoszę jego rękę i próbuję po cichu wstać.
Moje nogi stykają się z podłogą. Za duża koszulka sięga mi do ud.
Na palcach wchodzę do łazienki.
Wziąć prysznic? Może powinnam. Ale jak pomyśli ze panosze się w jego domu?
Jednak muszę się odświeżyć. Ściągam koszulkę i majtki. Wchodzę pod przeszklony prysznic i puszczam strumień gorącej wody. Zamykam oczy, a głowę odchylam do tylu. Pozwalam się zrelaksować. Nakładam jego szampon i płyn do ciała. Świetnie pachną.
            Moja kąpiel nie trwa długo. Owijam się ręcznikiem i cicho wychodzę. Jednak Matthew nie śpi. Podpiera się na rękach Zaspany i zdezorientowany. Na mój widok od razu się uśmiecha.
            - Nie chciałam cię budzić..- wskazuje na drzwi od łazienki.
            - Nie obudziłaś mnie. Bardziej myślałem, że uciekłaś.
            - Nie zrobiłabym tego - marszczę brwi.
            - Po tym co ci powiedziałem, miałaś prawo
            - Przyjęłam to do wiadomości.
            - Chodź do mnie.
            - Tak?- pokazuje na ręcznik.
            - Tak. Chodź.
            Powoli podchodzę do łóżka i siadam na jego brzegu. Matthew przyciąga mnie nieco bliżej. Jeździ ręką po moich plecach. Uśmiecham się do niego dyskretnie ściskając ręcznik.
            - Mieszasz w moim życiu Rosemary.
            - Powiedz i wyjdę..
            - Ale ja nie chcę, żebyś odchodziła.
            - Cieszę się..
            - Nie wiesz co cię czeka - przewraca nas gwałtownie i jest nade mną.
            - Wiem - patrzę na jego twarz przełykając ślinę
            - Nie masz pojęcia.
            - Wiem - przyznaje.
            - Więc co takiego?
            - Wiem, że nie wiem - wyjaśniam z uśmiechem.
            Przygryza moją wargę, a potem mnie czule całuje. Oddaje pieszczotę z wielką przyjemnością. On się uśmiecha. Trzyma dłonie na moich udach. Czuje jego dotyk na mojej skórze.
            - Mam dla ciebie świeże rzeczy. Przewidziałem to.
            - Nie trzeba było.
            - Trzeba.
            - Wiec dziękuje.
            - Wiesz, że teraz będę bardzo zazdrosny - przymruża oczy i znów nasze usta mają styczność.
            - Nie będziesz miał o co. Mnie nie dotyczą takie rzeczy.
            - Nie? Christian Tomlinson.
            - On.. wyjaśniliśmy sobie wszystko - gasnę na wzmiankę o nim.
            - I wszyscy inni mężczyźni, którzy oglądają się za twoim tyłkiem.
            - Nie w moim przypadku. Na prawdę. Jestem niegroźna..
            - Uwielbiam cię, ale musisz wstać bo będziemy mieć problem. I zerżnę cię w tym łóżku.
            Moje usta otwierają się gdy jego słowa wprowadzają mnie w osłupienie. Odrywa się ode mnie i kładzie obok. Czy on właśnie to powiedział? Pragnie mnie? Teraz? Do głowy wpada mi szalona myśl.
            - Wiec może zostaniemy jeszcze chwile..?- ledwo mnie słychać.
            - Dla mnie? Możemy zostać. Ale nie wiem jak ty - mruczy.
            - Okay - całuje go nieśmiało.
            Wsuwa język do moich ust. On oddaje pocałunek z dużo większą siłą. Wzdycham gdy zaczyna walczyć z moim. Dłoń Matthew rozsuwa moje nogi. Jego palce dotykają wnętrze moich ud. Zaciskam je automatycznie robiąc się czerwona.
            - Jeśli chcesz możemy poczekać.
            - Ja tylko...już nie będę. Przepraszam.
            Patrzy na mnie łagodnym spojrzeniem. Całuje moje usta. Tak idealnie się ze sobą łączą.
            - Nie masz za co. Wiem, że nie jesteś doświadczona w takich sprawach.
            - To okropne. Nie dziwie się, że nie chcesz.
            - Słucham? - Marszczy brwi zdezorientowany. - Pragnę cię. Chcę cię uczyć tego wszystkiego. Chcę, żebyś czerpała przyjemność.
            Patrzę na niego niepewna jego słów. To dla mnie dużo. Od wczoraj wiele się wydarzyło. Każde wyznanie jest dla mnie ważne.
            - Czuje się przy tobie dobrze.
            Mówię w końcu
            - I tak właśnie ma być.
            Pragnę go wiec, dlaczego cały czas to blokuje? Jestem na siebie zła. Czuję jak całuje moją szyję. To tak bardzo przyjemne. Przenika całą mnie. Nieświadomie puszczam ręcznik.
Odsuwa materiał i zostaję pod nim naga.
            - Dogodzę ci - mruczy seksownie do mojego ucha.
            Czuje potrzebę zasłonięcia się, ale nie zrobię tego. Nie teraz, nie z nim. Nie mogę się wstydzić. Tak bardzo tego chciałam. Zagryzam wargę czując jego ciało tak blisko. Pragnę ponownie posmakować jego ust. Ale on już jest niżej. Wyznacza ścieżkę między moimi piersiami. Oddech mężczyzny drażni moją skórę. To piekielnie dobre. Sprawia, że zapominam nawet o tym, że widzi mnie nagą.
            Moje myśli odpływa ja daleko. Jestem tylko ja, Matthew i jego usta. Obezwładnia mnie całą. Wysuwa język i krąży nim wokół mojego pępka. Och...tylko tyle...aż tyle.
Oddech znacznie przyspiesza. To jest takie erotyczne. Zasysa skórę i zjeżdża ustami niżej. Czuje napięcie i gorącą atmosferę miedzy nami. Nigdy nie byłam z mężczyzną w łóżku, wiec to wszystko jest zupełnie nowe. Każdy jego ruch jest dla mnie zagadką. Właśnie teraz czuję go przy płatkach kobiecości. W ostatniej chwili powstrzymuje się przed zatrzymaniem go. Przecież nie mogę tego przerwać.
            Biorę głęboki oddech i zamykam oczy. Delikatnie się denerwuje, ale próbuję odprężyć. Język bruneta zatacza kółka.
            - Ach..- wyrywa mi się.
            Zaciskam dłonie na materiale białego prześcieradła. Pieści mnie powoli i z wyczuciem. Nie kontroluje, gdy nagle moje biodra wprawiają się w ruch.
            - O tak maleńka, zaraz dojdziesz - odrywa się na moment.
            - Zrób to..- dlaczego nie przejdzie do rzeczy?
            - Za chwilę. Wybuchnij - szepcze i czuję dwa palce przy swoim wejściu, a zaraz w środku.
            Dosłownie sekundę później moje ciało wygina się w łuk a ja dochodzę. To dziwne uczucie. Po raz pierwszy czuję coś takiego. Wybuch. Fala ciepła. Wszystko na raz. Osobisty raj na ziemi. Oddycham szybko i urywanie.
            Matthew odnajduje moje usta i pieczętuje to pocałunkiem. Zsuwa swoje dresy Zatracam się w pocałunku by nie myśleć o tym co za chwile nastąpi. Jestem świadoma bólu, ale teraz przyjemność pochłania moje ciało. Łapie go za kark. Nie ważne co jest odpowiednie. Chce go całą sobą.

wtorek, 16 września 2014

Rozdział 7

            - Zapraszam cię na kolację Rosemary.
            - Bardzo chętnie - wyduszam zaskoczona.
            - Cieszę się - posyła mi uśmiech.
            - Ja również
            - To czemu się nie uśmiechasz?
            - Ja..- jąkam się.
            - Tak?
            - Nic. - gorzej już nie będzie.
            - To się uśmiechnij. Ja to robię.
            I to nieziemsko. Biorę oddech i posyłam mu na pewno wyglądający jak grymas uśmiech.
            - Pięknie. Idziemy maleńka.
            Rumienie się na określenie jakiego użył. A on jest zadowolony z tego jak reaguje. Bierze mnie za rękę i sprowadza na dół. Opuszczamy jego willę i wsiadamy do auta.
            - Dziękuję – mówię, gdy parkuje pod moim domem.
            - No leć po rzeczy - Popędza mnie.
            - Na prawdę nie warto zachodu.
            - Idź - warczy.
            Zmieszana wychodzę i wracam z torbą. To dziwne, że tak szybko zmienia humor. Mam nadzieje, że to chwilowe. Podwozi mnie pod hale.
            Wychodzę i kieruje się do szatni.
Jestem pełna ekscytacji. Zaprosił mnie na kolacje. Mnie! Staram się skupić na treningu. Jest dosyć ciężki. Mięśnie ściskają się utrudniając mi oddech. Boje się? Nie wiem. Nie rozumiem co dokładnie ma na myśli.
            Nie podejmuje więcej tematu. Nie odzywa się po prostu. Droga jest piaszczysta i pomimo ciemności, dla Matthew nie jest to nic trudnego. Wyobrażam sobie jak to auto musi być brudne. Gdy zatrzymuje się po godzinie dostrzegam efekty trasy. Boje się? Nie wiem. Nie rozumiem co dokładnie ma na myśli..
            - Chodź - bierze mnie na ręce. Jest tu piasek
            Kierujemy się na schody, które prowadzą do domu na wzgórzu Uspokajam rytm swojego serca i z całych sił staram się nie patrzeć na jego twarz. Chowam się w jego szyi. Poprawia mnie niosąc na górę.
            Muszę być ciężka, a on ma tyle schodów. Dyskretnie zaciągam się zapachem jego skory i perfum. To coś upajającego. Mogłabym to wdychać codziennie.
            Słyszę otwieranie drzwi i znajdujemy się w środku. To drewniany domek piętrowy. Jest kominek oraz barek. Na stole czeka kolacja. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
            Matthew obejmuje mnie w talii i uśmiecha się.
            - Nie szykowałem kolacji dla żadnej kobiety.
            Czerwienie się słysząc to i jedynie delikatnie uśmiech. Bo co miałabym powiedzieć?
Uśmiecham się.
            Prowadzi mnie do stołu i odsuwa krzesło.
            - Dzięki - siadam. Mężczyzna nalewa wina i zajmuje miejsce na przeciwko mnie.
            - Nie umawiam się na randki - patrzy na mnie uważnie. - Az do dziś.
            - Och..
            - To jest duże Och. Jeśli nie zrezygnujesz nie dam ci spokoju.
            - Zapamiętam..
            - A jak się zgodzisz to na zabawę.
            - Zabawę?- unoszę brwi rozbawiona.
            Kiwa głową cały czas nie spuszczając ze mnie wzroku.
            - Ostrą zabawę.
            Chyba nie do końca jestem pewna co ma na myśli. W końcu może mówić o różnych rzeczach. Waham się zapytać. Ale Matt to wyczuwa. - Chodzi o seks.
            Z nagłą trudnością połykam zawartość jedzenia w moich ustach. Przybieram niewzruszoną minę.
Seks... Co on ma tak dokładnie na myśli.
            - Nie chodzi o jednorazową noc ani o wykorzystywanie cię. Chodzi o dawanie przyjemności nam obojgu.
            - Nie jestem przekonana czy rozumiem...
            - Czego nie rozumiesz?
            - Do czego zmierzasz..- chyba szepcze.
            - Do tego, że byłabyś moją kobietą.
            O boże. On mnie chce. Właśnie to powiedział.
            Zaskoczona siedzę przez chwile nie wiedząc co mam powiedzieć. Dla mnie ta informacja jest niemalże nierealna. Nie pomyślałabym, że mogę mu się podoba a on mnie pragnie. Matthew White mnie pragnie jak mężczyzna kobietę.
            - Ja?
            - Tak. Ty Rosemary - mówi wolno.
            - Zaskoczyłeś mnie.
            - Domyślam się.
            - Oczekujesz teraz ode mnie odpowiedzi?- czuje się zmieszana.
            - Tak.
            - Ymm.. ja..
            - Po kolacji pojedziemy do ciebie. Prześpisz się z tym i jeśli się zgodzisz, pokaże ci mój pokój zabaw.
            - Okay..
            Bierze moją dłoń i całuje. Tym razem jego wargi dłużej stykają się z moją skórą.
            - Nie jesteś dziewicą, prawda? - pyta prawie retorycznie.
            Moje oczy rozszerzają się a ja chce zapaść się pod ziemie.
            - Mała..
            Odwracam wzrok i mocno zagryzam wargę. Rumienie się i to pewnie mnie zdradza. W końcu patrzę na Matthew, który jest zszokowany.
            - Jakoś nigdy..
            - To wszystko wyklucza - Puszcza moją dłoń.
            - Co.. nie.- nagle ogarnia mnie panika.
            Chce mnie zostawić. Już nie chce. Dlaczego...
            - Przepraszam..
            - Co? - patrzy na mnie. - To nie twoja wina. Po prostu nie możemy pójść na taki układ, kiedy jesteś dziewicą. To oddasz temu…
            - Rozumiem.- próbuje brzmieć normalnie.
            - Jedynemu - kończy.
            - Robi się późno..- zauważam. Czuje się dziwnie źle.
            - Jedz. Musisz zjeść. Potem cię odwiozę - widzę po nim, że jest zmieszany. Jakby walczył ze sobą.
            - Na prawdę wole..- wstaje odsuwając krzesło.
            - Siadaj - warczy. - Jedz, albo sam cię nakarmię.
            Siadam lekko przestraszona Kończę kolacje. Ledwo co przełykam. Jestem zdenerwowana i zmieszana. Matthew nie sprząta, tylko bierze mnie za rękę. Prowadzi do wyjścia, ale nagle przyciera mnie do ściany obok drzwi.
            - Muszę...Muszę cię pocałować - szepcze patrząc na moje usta.
            Kiwam głową patrząc mu w oczy. Dotyka palcami mojej dolnej wargi, a potem błądzi nimi po policzku. Mój oddech jest urywany. Nie wytrzymuje. Odpycham się rekami od ściany i dosięgam jego warg.
Znów mnie przypiera. Nasze usta łączą się w namiętnym pocałunku. Czuć to tak dobrze, tak cudownie. Tego pragnęłam. Marzyłam i wyobrażałam. Już boję się pustki po wyjściu.
Trzyma moje ręce mocno w swoich. Jego kolano rozsuwa moje nogi. Usta dalej przylegają do siebie. Wsuwa palce w moje włosy. Czuję euforię w całym ciele. Nigdy jeszcze całowałam się z mężczyzną. Tym bardziej takim. Mającym to w jednym palcu.
            Odwracam lekko głowę, gdy czuje brak powietrza. Jego przyspieszony oddech owiewa moją szyję. Składa na niej drobne pocałunki. Przymrużam oczy z przyjemności jaką odczuwam. Powoli wraca do moich ust. Tym razem całuje je z namaszczeniem. Powoli.
Oddaje to najlepiej jak tylko jestem w stanie. Mężczyzna opiera dłonie po obu stronach mojej głowy. Te pocałunki są takie cudowne. Wszystko dookoła znika  Z obawą, że zrobię to nieodpowiednio kładę dłoń na jego policzku.
Jestem dziś szczęśliwa. Upajam się ulotnymi chwilami.
            - Dziękuję..- szepcze, gdy ten nadal delikatnie mnie całuje.
            - Za co? - pyta równie cicho. Muska moje usta.
            - Za...wieczór..
            - A ja dziękuję za tę przyjemność posmakowania twoich ust. Chciałbym całować je codziennie.
            - Przeczysz sam sobie..- nie udaje mi się ukryć żalu.
            - Nie. Po prostu nie zrobię czegoś czego możesz żałować.
            - Będę szła.
            - To będzie jakieś 50 kilometrów. Pewna jesteś? - kładzie dłonie na moich biodrach.
            - Piłeś, wezmę taksówkę. - odszukuje czegokolwiek w jego twarzy.
            Patrzy na mnie z podziwem i uśmiechem. Zahacza o krawędź mojej sukienki i wzdycha.
            - Zostaniesz. Tutaj. Na noc. Chodź maleńka - kładzie dłoń na moich plecach i prowadzi na górę.
            Biorę głęboki oddech i kieruje się tam gdzie mi pokazuje. To przytulna sypialnia z drewnianym łóżkiem i widokiem na jezioro.
            - Jak ładnie..
            - Będziesz spać ze mną - szepcze mi do ucha.
~*~
Przepraszam, przepraszam, przepraszam i jeszcze raz najmocniej przepraszam.... Dlaczego? Ponieważ nie powiedziałam o małej, ale bardzo istotnej rzeczy mianowicie... Rozdziały które teraz dodaję są napisane jeszcze przez Skyfallgirl, z czasem, a będzie on trwał krótko zacznę dodawać prace mojego wykonania... Jeszcze raz przepraszam za ten błąd.
A tak przy okazji ciekawa jestem czy zauważycie zmianę pisania? Głupie pytanie, na pewno zobaczycie....

czwartek, 11 września 2014

Rozdział 6

            Czwartkowy poranek zaczyna się bardzo miło. Siedzę zaspana na łóżku i przecierając oczy, wpatruję się w telefon z wiadomością.

Nadawca: Matthew White.
Adresat: Rosemary Claire Travolt
Temat : Spotkanie oraz miłego dnia.

Mam nadzieję, że nie zapomniałaś Rosemary. To dla mnie ważne jak nie liczne sprawny nie związane z firmą.
Miłego dnia panno Travolt : )
Matthew White, prezes World White Corporation.

Przecieram oczy i analizuje wiadomość kilka razy.

Nadawca: Rosemary Clare Travolt
Adresat: Matthew White
Temat: Czekam na 16

Nie posądzałabym pana o emotikony. Pamiętam o naszym dzisiejszym spotkaniu. Dziękuje za miłe słowa i życzę tego samego.

Już chwilę słyszę plum - plum.

Nadawca: Matthew White.
Adresat: Rosemary Clare Travolt
Temat: A jednak

Lubię zaskakiwać. Jestem Matthew.

            Śmieje się na głos. Leniwie wstaje z łóżka i kieruje się do kuchni.
            - Cześć - Alice już ubrana lata po pomieszczeniu.
            Właśnie robi śniadanie. Ma na sobie legginsy i błękitną koszulę. Nie jej...
            - Czeeeeść,..- ziewam. - Śpi jeszcze?
            - Co, kto, ja nie wiem - torebka herbaty wypada z jej rąk. Później się śmieje.
            - Właściciel "twojej" koszuli mała - dokuczam jej.
            - Śpi - całuje mój policzek.
            - Alice ty rozpustnico.
            - Ojej - Rumieni się i sięga po filiżanki. - Chcesz kawy?
            - Chce. - to na prawdę znaczy coś jeśli ta dziewczyna się rumieni.
            Myślę, że musiała się zakochać. Zresztą Niall nie wygląda na mężczyznę, który wybiera sobie kobiety na jeden raz do łóżka. Jest ułożony i kulturalny. A poza tym...kochany.
Dołącza do nas 15 minut później.
            Jest rozespany co potęguje jego urok. Całuje mnie w policzek, a swoją dziewczynę w usta.
            - Fajna koszula skarbie. Mamy podobne gusta - uśmiecha się do niej, a w oczach tańczą iskierki radości.
            - Jesteście słodcy. – kwituje.
            - Dzięki - odpowiadają równo ze śmiechem.
            Blondyn pomaga Alice zrobić śniadanie i siadamy do stołu. Przy posiłku panuje wesoła atmosfera. Dopiero, gdy Alice znika w łazience, Niall patrzy na mnie uważnie.
            - Coś nie tak?- pytam nieśmiało.
            - Nie, nie - zaprzecza od razu. Opiera rękę o krzesło stojące obok. - Mój brat dawno nie mi stałej kobiety. Myślę, że gustuje w takich dziewczynach jak ty.
            - Nie znam go na tyle, ale ośmielę się nie zgodzić.
            - Uwierz mi, że tak Rosemary. Blondynki o niebieskich oczach.
            - Jest ich pełno..
            - Chodzi też o charakter. Matthew jest...Hm jedyny w swoim rodzaju - dodaje i patrzy na zegarek.
            - Jak i ty - wraca brunetka i wręcz brutalnie wpycha się na jego kolana.
            Całuje ją w policzek i posyła mi jeszcze jeden uśmiech. Tym razem Alice pożyczyła moją białą sukienkę.
            Wychodzą godzinę później a ja zostaje. Siadam przed telewizorem i przełączam kanały.
            Staram się wyłączyć myślenie. Zdecydowanie muszę mieć zajęcie
Może coś narysuję?
            Sięgam po kartki pod stolikiem i długopis na nich. Zastanawiam się jaki dom ma Matthew White. Duży? Mały? Willa? Rezydencja?
            Przelewam swoje wyobrażenia na papier. Czas mija. Sekunda za sekundą, minuta za minutą. Kiedy patrzę na zegarek jestem przerażona. 15.30. Porażka! Wstaje jak poparzona i biegnę do łazienki.
            Przecież musze się wyszykować. On tu zaraz będzie. Na pewno punktualnie.
Długo nie mogłam się zdecydować. W końcu wyciągnęłam szary kombinezon. To spodnie wraz z bluzką bez ramiączek, połączona w całość. Przeglądam się w lustrze delikatnie nakładając róż na policzki.
            Równo z odłożeniem błyszczyka słyszę dzwonek do drzwi. Idę otworzyć.
            Matthew stoi ubrany w spodnie od garnituru, biały podkoszulek i szarą marynarkę. Uśmiecha się do mnie.
            Uśmiecham się na jego widok i wpuszczam do środka.
            - Dzień dobry Rosemary.
            - Punktualnie..
            - Ja… Zazwyczaj się nie spóźniam - całuje delikatnie moją dłoń.
            Wstrzymuje oddech patrząc uważnie na jego twarz. Spogląda na mnie dalej z uśmiechem.
            - Wiec?- pytam jak ostatnia idiotka.
            - Więc idziemy. Pięknie wyglądasz. jak zawsze zresztą.
            Biorę torebkę i wychodzimy. Otwiera mi drzwi od auta i jedziemy. Od razu uderza mnie znany i tak uwielbiany przeze mnie zapach. Przez całą drogę obserwuje każdy jego ruch. Układ dłoni na kierownicy, napinanie się mięśni przy zmianie biegu. Wszystko. Jak można być tak idealnym? Zagryzam wargę. Mógłby mnie teraz wywieść w środek lasu a i tak bym nie zauważyła.
            - Włączyć radio? - pyta przerywając ciszę. Odwraca głowę w moją stronę. - Zapnij pas Rosemary.
            Robię to i poprawiam się w fotelu.
            - Lubię przestrzegać zasad.
            - To zrozumiałe.- kiwam głową.
            - I lubię gdy ktoś inny też je przestrzega.
            - Zapięłam.
            Na jego twarzy pojawia się uśmiech. Jest rozbawiony.
Dojeżdżamy pod drogą restauracje…POD DOM
            Mrugam oczami i siłą odwracam wzrok. Próbuję skupić się na wszystkim tylko nie na tym, aby znów zacząć mu się przyglądać. Wyjdę na wariatkę, a przecież dobra opinia jest ważna. Wzdycham cicho, gdy przyśpiesza. Auto mknie przez Tower Street. Mijamy budynki, ale nawet nie mogę im się przejrzeć. Prędkość jest duża. Och, on właśnie łamie przepisy. Jednak unika mandatu. Facet ma szczęście. Mnie zapewne by zatrzymali. Ale najpierw musiałabym umieć tak jeździć.
            Czarny mercedes z gracją zatrzymuje się przed wysoką, metalową bramą. Jest dokładnie dopasowana do ogrodzenia, które również robi wrażenie. Matthew stuka palcami o kierownicę, a mosiężna brama otwiera się. W budce przy wejściu stoi budka. Specjalnie dla ochroniarzy - wnioskuję z tabliczki Security.
            Mężczyzna kiwa głową i przyśpiesza podjeżdżając pod garaż zbudowany obok okazałej rezydencji. Jeśli mieszka w niej sam, ma bardzo dużo miejsca.
            Wysiada z samochodu i otwiera mi drzwiczki. Gdy oszołomiona wysiadam, jego silne ramię obejmuje mnie w talii. Jestem prowadzona do wejścia głównego. Okna są bardzo wysokie. Sięgają piętra. Przed domem są baseny, a raczej jeziorka z tak błękitną wodą jak na zdjęciu po przerobieniu.
            - Piękne..
            - Zapraszam do środka.
            Wchodzę przed nim do środka i ledwo utrzymuje się na nogach.
Kolana same się uginają, gdy widzę wnętrza. Stoję w holu podziwiając schody, które zaczynają się z prawej strony, robią półkowe i kończą z lewej. Pomiędzy nimi na dole stoi fortepian.
            Pokazuje mi wnętrze oprowadzając. Kuchnia. O mój Boże. Wielka. Ogromna. Jasne drewno i szklane szafki. Wszystko komponuje się z granatowymi ścianami.
Nawet gotowanie było by tu dużo lepsze.
            Jest też pół wyspa i stolik barowy. Stoją przy nich wysokie krzesła.
Podchodzę do jednego z nich i przejeżdżam palcami po blacie
            - Podoba ci się tu? - powoli podchodzi do mnie z ręką w kieszeni spodni.
            - Jak ze snu ..
            - Chcę, żebyś zaprojektowała mi sypialnię. Wymarzoną według ciebie - pochyla się Odgarniając kosmyk moich włosów. Odcina mi oddech gdy jest tak blisko. To jak wyobrażenie raju.
            Tyle razy dawał mi do zrozumienia, że mam się trzymać z daleka. A teraz mnie dotyka. Przełykam gule w gardle i staram się napełnić płuca powietrzem.
            - Napijesz się czegoś, zanim pójdziemy dalej? -pyta łagodnym głosem.
            - Poproszę..
            - A co byś chciała, panno Travolt? Wino? Woda? Sok? - sugeruje przechodząc na wyspę.
            - Wi.. wodę.
            - Jaką wodę? - patrzy na mnie jeżdżąc palcami po krawędziach szklanki.
            - Niegazowaną..- mruczę.
            Odwraca się i wyciąga z lodówki dzbanek z wodą. Słyszę szum, gdy nalewa ją do szklanki.
            - Dziękuję - biorę ją od niego.
            - Chodźmy dalej - obejmuje mnie w pasie i wychodzimy podwójnymi drzwiami.
            W końcu dochodzimy do pomieszczenia, o którym była mowa.
Pokój jest bardzo duży. Okno jest ogromne aż od parteru. Pod ścianą stoi łóżko z wysokim zagłówkiem , a naprzeciwko komoda. Na niej srebrny wazon.
            - Ładnie
            - Pusto. Zmienisz tu coś? - czuję jego wzrok na swoim profilu.
            - Zaproponuje parę rzeczy w najbliższym czasie. Pasuje?
            - Nie spieszy mi się - rysuje palcami kółka na moim biodrze.
            Tak bardzo upaja mnie jego bliskość.
            Uśmiecha się do mnie. Prowadzi mnie do bardzo dużej garderoby. Jest dwa razy większa niż mój pokoju.
            Poza tym ten dom w ogóle jest bardzo duży.
            - Można się tu zgubić.
            - Mam windę. Nie widziałaś jeszcze drugiego skrzydła.
            - Jeśli to nie problem. Nie chce zabierać czasu..
            - Nie. Ale to ty masz dziś trening.
            - Och.. no tak - kompletnie o tym zapomniałam.
            - Odwiozę cię.
            - Do domu.
            - Tak. Później na trening. A później chciałbym, żebyś zjadła ze mną kolacje.
            - Słucham?- musiałam się przesłyszeć.