czwartek, 11 września 2014

Rozdział 6

            Czwartkowy poranek zaczyna się bardzo miło. Siedzę zaspana na łóżku i przecierając oczy, wpatruję się w telefon z wiadomością.

Nadawca: Matthew White.
Adresat: Rosemary Claire Travolt
Temat : Spotkanie oraz miłego dnia.

Mam nadzieję, że nie zapomniałaś Rosemary. To dla mnie ważne jak nie liczne sprawny nie związane z firmą.
Miłego dnia panno Travolt : )
Matthew White, prezes World White Corporation.

Przecieram oczy i analizuje wiadomość kilka razy.

Nadawca: Rosemary Clare Travolt
Adresat: Matthew White
Temat: Czekam na 16

Nie posądzałabym pana o emotikony. Pamiętam o naszym dzisiejszym spotkaniu. Dziękuje za miłe słowa i życzę tego samego.

Już chwilę słyszę plum - plum.

Nadawca: Matthew White.
Adresat: Rosemary Clare Travolt
Temat: A jednak

Lubię zaskakiwać. Jestem Matthew.

            Śmieje się na głos. Leniwie wstaje z łóżka i kieruje się do kuchni.
            - Cześć - Alice już ubrana lata po pomieszczeniu.
            Właśnie robi śniadanie. Ma na sobie legginsy i błękitną koszulę. Nie jej...
            - Czeeeeść,..- ziewam. - Śpi jeszcze?
            - Co, kto, ja nie wiem - torebka herbaty wypada z jej rąk. Później się śmieje.
            - Właściciel "twojej" koszuli mała - dokuczam jej.
            - Śpi - całuje mój policzek.
            - Alice ty rozpustnico.
            - Ojej - Rumieni się i sięga po filiżanki. - Chcesz kawy?
            - Chce. - to na prawdę znaczy coś jeśli ta dziewczyna się rumieni.
            Myślę, że musiała się zakochać. Zresztą Niall nie wygląda na mężczyznę, który wybiera sobie kobiety na jeden raz do łóżka. Jest ułożony i kulturalny. A poza tym...kochany.
Dołącza do nas 15 minut później.
            Jest rozespany co potęguje jego urok. Całuje mnie w policzek, a swoją dziewczynę w usta.
            - Fajna koszula skarbie. Mamy podobne gusta - uśmiecha się do niej, a w oczach tańczą iskierki radości.
            - Jesteście słodcy. – kwituje.
            - Dzięki - odpowiadają równo ze śmiechem.
            Blondyn pomaga Alice zrobić śniadanie i siadamy do stołu. Przy posiłku panuje wesoła atmosfera. Dopiero, gdy Alice znika w łazience, Niall patrzy na mnie uważnie.
            - Coś nie tak?- pytam nieśmiało.
            - Nie, nie - zaprzecza od razu. Opiera rękę o krzesło stojące obok. - Mój brat dawno nie mi stałej kobiety. Myślę, że gustuje w takich dziewczynach jak ty.
            - Nie znam go na tyle, ale ośmielę się nie zgodzić.
            - Uwierz mi, że tak Rosemary. Blondynki o niebieskich oczach.
            - Jest ich pełno..
            - Chodzi też o charakter. Matthew jest...Hm jedyny w swoim rodzaju - dodaje i patrzy na zegarek.
            - Jak i ty - wraca brunetka i wręcz brutalnie wpycha się na jego kolana.
            Całuje ją w policzek i posyła mi jeszcze jeden uśmiech. Tym razem Alice pożyczyła moją białą sukienkę.
            Wychodzą godzinę później a ja zostaje. Siadam przed telewizorem i przełączam kanały.
            Staram się wyłączyć myślenie. Zdecydowanie muszę mieć zajęcie
Może coś narysuję?
            Sięgam po kartki pod stolikiem i długopis na nich. Zastanawiam się jaki dom ma Matthew White. Duży? Mały? Willa? Rezydencja?
            Przelewam swoje wyobrażenia na papier. Czas mija. Sekunda za sekundą, minuta za minutą. Kiedy patrzę na zegarek jestem przerażona. 15.30. Porażka! Wstaje jak poparzona i biegnę do łazienki.
            Przecież musze się wyszykować. On tu zaraz będzie. Na pewno punktualnie.
Długo nie mogłam się zdecydować. W końcu wyciągnęłam szary kombinezon. To spodnie wraz z bluzką bez ramiączek, połączona w całość. Przeglądam się w lustrze delikatnie nakładając róż na policzki.
            Równo z odłożeniem błyszczyka słyszę dzwonek do drzwi. Idę otworzyć.
            Matthew stoi ubrany w spodnie od garnituru, biały podkoszulek i szarą marynarkę. Uśmiecha się do mnie.
            Uśmiecham się na jego widok i wpuszczam do środka.
            - Dzień dobry Rosemary.
            - Punktualnie..
            - Ja… Zazwyczaj się nie spóźniam - całuje delikatnie moją dłoń.
            Wstrzymuje oddech patrząc uważnie na jego twarz. Spogląda na mnie dalej z uśmiechem.
            - Wiec?- pytam jak ostatnia idiotka.
            - Więc idziemy. Pięknie wyglądasz. jak zawsze zresztą.
            Biorę torebkę i wychodzimy. Otwiera mi drzwi od auta i jedziemy. Od razu uderza mnie znany i tak uwielbiany przeze mnie zapach. Przez całą drogę obserwuje każdy jego ruch. Układ dłoni na kierownicy, napinanie się mięśni przy zmianie biegu. Wszystko. Jak można być tak idealnym? Zagryzam wargę. Mógłby mnie teraz wywieść w środek lasu a i tak bym nie zauważyła.
            - Włączyć radio? - pyta przerywając ciszę. Odwraca głowę w moją stronę. - Zapnij pas Rosemary.
            Robię to i poprawiam się w fotelu.
            - Lubię przestrzegać zasad.
            - To zrozumiałe.- kiwam głową.
            - I lubię gdy ktoś inny też je przestrzega.
            - Zapięłam.
            Na jego twarzy pojawia się uśmiech. Jest rozbawiony.
Dojeżdżamy pod drogą restauracje…POD DOM
            Mrugam oczami i siłą odwracam wzrok. Próbuję skupić się na wszystkim tylko nie na tym, aby znów zacząć mu się przyglądać. Wyjdę na wariatkę, a przecież dobra opinia jest ważna. Wzdycham cicho, gdy przyśpiesza. Auto mknie przez Tower Street. Mijamy budynki, ale nawet nie mogę im się przejrzeć. Prędkość jest duża. Och, on właśnie łamie przepisy. Jednak unika mandatu. Facet ma szczęście. Mnie zapewne by zatrzymali. Ale najpierw musiałabym umieć tak jeździć.
            Czarny mercedes z gracją zatrzymuje się przed wysoką, metalową bramą. Jest dokładnie dopasowana do ogrodzenia, które również robi wrażenie. Matthew stuka palcami o kierownicę, a mosiężna brama otwiera się. W budce przy wejściu stoi budka. Specjalnie dla ochroniarzy - wnioskuję z tabliczki Security.
            Mężczyzna kiwa głową i przyśpiesza podjeżdżając pod garaż zbudowany obok okazałej rezydencji. Jeśli mieszka w niej sam, ma bardzo dużo miejsca.
            Wysiada z samochodu i otwiera mi drzwiczki. Gdy oszołomiona wysiadam, jego silne ramię obejmuje mnie w talii. Jestem prowadzona do wejścia głównego. Okna są bardzo wysokie. Sięgają piętra. Przed domem są baseny, a raczej jeziorka z tak błękitną wodą jak na zdjęciu po przerobieniu.
            - Piękne..
            - Zapraszam do środka.
            Wchodzę przed nim do środka i ledwo utrzymuje się na nogach.
Kolana same się uginają, gdy widzę wnętrza. Stoję w holu podziwiając schody, które zaczynają się z prawej strony, robią półkowe i kończą z lewej. Pomiędzy nimi na dole stoi fortepian.
            Pokazuje mi wnętrze oprowadzając. Kuchnia. O mój Boże. Wielka. Ogromna. Jasne drewno i szklane szafki. Wszystko komponuje się z granatowymi ścianami.
Nawet gotowanie było by tu dużo lepsze.
            Jest też pół wyspa i stolik barowy. Stoją przy nich wysokie krzesła.
Podchodzę do jednego z nich i przejeżdżam palcami po blacie
            - Podoba ci się tu? - powoli podchodzi do mnie z ręką w kieszeni spodni.
            - Jak ze snu ..
            - Chcę, żebyś zaprojektowała mi sypialnię. Wymarzoną według ciebie - pochyla się Odgarniając kosmyk moich włosów. Odcina mi oddech gdy jest tak blisko. To jak wyobrażenie raju.
            Tyle razy dawał mi do zrozumienia, że mam się trzymać z daleka. A teraz mnie dotyka. Przełykam gule w gardle i staram się napełnić płuca powietrzem.
            - Napijesz się czegoś, zanim pójdziemy dalej? -pyta łagodnym głosem.
            - Poproszę..
            - A co byś chciała, panno Travolt? Wino? Woda? Sok? - sugeruje przechodząc na wyspę.
            - Wi.. wodę.
            - Jaką wodę? - patrzy na mnie jeżdżąc palcami po krawędziach szklanki.
            - Niegazowaną..- mruczę.
            Odwraca się i wyciąga z lodówki dzbanek z wodą. Słyszę szum, gdy nalewa ją do szklanki.
            - Dziękuję - biorę ją od niego.
            - Chodźmy dalej - obejmuje mnie w pasie i wychodzimy podwójnymi drzwiami.
            W końcu dochodzimy do pomieszczenia, o którym była mowa.
Pokój jest bardzo duży. Okno jest ogromne aż od parteru. Pod ścianą stoi łóżko z wysokim zagłówkiem , a naprzeciwko komoda. Na niej srebrny wazon.
            - Ładnie
            - Pusto. Zmienisz tu coś? - czuję jego wzrok na swoim profilu.
            - Zaproponuje parę rzeczy w najbliższym czasie. Pasuje?
            - Nie spieszy mi się - rysuje palcami kółka na moim biodrze.
            Tak bardzo upaja mnie jego bliskość.
            Uśmiecha się do mnie. Prowadzi mnie do bardzo dużej garderoby. Jest dwa razy większa niż mój pokoju.
            Poza tym ten dom w ogóle jest bardzo duży.
            - Można się tu zgubić.
            - Mam windę. Nie widziałaś jeszcze drugiego skrzydła.
            - Jeśli to nie problem. Nie chce zabierać czasu..
            - Nie. Ale to ty masz dziś trening.
            - Och.. no tak - kompletnie o tym zapomniałam.
            - Odwiozę cię.
            - Do domu.
            - Tak. Później na trening. A później chciałbym, żebyś zjadła ze mną kolacje.
            - Słucham?- musiałam się przesłyszeć.

10 komentarzy:

  1. Swietny rozdzial ohh ten Matthew zupelnie jak Grey :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku swietne :))
    Twój rodzaj pisania jest bardzo podobny do Skyfallgirl ale widze roznice ale nie wielkie :*
    Mam nadzieje ze ni przestaniesz pisac po paru rozdzialach tak jak to robia w nie ktorych opowiadaniach :3

    OdpowiedzUsuń
  3. Oooo *.* tak długo na to czekałam i jeeest!!!! Matko kocham!!! <3 :* zapraszam do siebie! http://abducted-harry-styles.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń
  4. No, no, no... ciekawie, wreczmega ciekawie:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Podoba mi się... ale i to nie oddaje mojego zachwytu tym rozdziałem. Pozdr ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedy next ? :) rozdzial geniaalny :**

    OdpowiedzUsuń