wtorek, 23 września 2014

Rozdział 8

Gubię się. Nie mam pojęcia jak powinnam się zachować. Mówi, że nie chce mnie rozdziewiczać i wchodzić w ten układ, ale jednak wciąż pragnie.
Dlaczego się wycofuje? Czemu mi to robi?
            - Rozbierz się. - podaje mi koszulkę. To dużo za duży tshirt sportowy. - Nie skrzywdzę cię.
            - Gdzie jest łazienka?
            - Tam - pokazuje na drzwi obok szafy.
            - Dzięki. - znikam za drzwiami. Niepewnie ściągam długą suknie. Mam na sobie jedynie majtki. O Jezu... Naciągam koszulkę i zaciągam się boskim zapachem Jego.
Czy ja wariuje? Przecież chcę być tylko szczęśliwa. Przy nim na pewno tak jest. Są tak zwane motylki w brzuchu.
            Płucze usta i przeczesuje włosy palcami. Z walącym sercem wracam do sypialni.
Matthew otwiera okno. Jest ubrany tylko w bokserki. Czarne calvina Kleina. Widzę jego umięśnione ciało w okazałości.
            Jak posąg. Nie jest doskonały, ale idealny jak dla mnie.
A czy może być tylko mój? Mogę go jakoś przy sobie zatrzymać?
            - Nie ma szans żebyś to zrobił?- wyrywa mi się.
            Odwraca się do mnie. Pewnie wcześniej nie usłyszał, że weszłam. Z uniesioną brwią podchodzi do mnie. Łapie moje dłonie.
            - Masz do mnie tak duże zaufanie, aby oddać cnotę? - pyta wpatrując się w moje oczy.
            I nagle pewność siebie odeszła.
            - Ja.. chciałabym tego
            Przygląda mi się. Jego spojrzenie łagodnieje.
            - Dlaczego tego chcesz? Powiedz. Chciałbym wiedzieć.
            Zagryzam wargę i patrzę w bok z nadzieją, że znajdę tam jakąś sensowną odpowiedź, którą mogłabym mu powiedzieć.
Sama nie wiem co mogłabym...Chcę, żeby to był on. Wiem, że kiedyś mogę żałować, że się nie zgodziłam.
            - Czuje, nie umiem tego wyjaśnić rozumnie. Po prostu.. Czuje.
            - To ważna decyzja. Mówiłem. Nie chcę cię skrzywdzić, ale spełnię twoje życzenia.
            - Ja ją podjęłam.
            - Dobrze - głaszcze mój policzek. Znów czuję przyjemne ciepło bijące od niego. Mężczyzna wzdycha.
            - Ale nie dziś.
Chce zniknąć. Co za porażka. Jak zwykle musiałam się ośmieszyć.
            - Chodź. - prowadzi mnie do łóżka. Kładziemy się obok siebie. Czuję jak mnie obejmuje. - Wyobrażałaś sobie swój pierwszy raz?
            - Proszę, nie rozmawiajmy o tym.
            - Chcę wiedzieć jak chcesz, aby to wyglądało.
            - Nie wiem..- maksymalnie przytulam się do poduszki.
            - Postaram się coć wymyślić - głaszczę moje włosy.
            - Okay..- szepcze przyjmując bijące od niego ciepło.
            To miłe. Wcześniej zasypia łam sama w zimnym łóżku. Teraz leży obok mnie, a ja czuję się bezpieczna. Czuje jak spokojnie oddycha i przy tym zasypiam.
            Ciepłe promienie słońca, oświetlają moją twarz. Powoli otwieram oczy patrząc przez okno. Widok z wzgórza jest magiczny. Wszystko budzi się do życia w cudowny sposób. Światła po nocy gasną i wschodzi słońce. Słyszę ciche pomrukiwanie. Odwracam się i dostrzegam Matthew. No tak. Uśmiecham się delikatnie. Śpi bardzo spokojnie. Jego ręka dalej spoczywa na mojej talii.
            Obracam się na plecy i przypominam wczorajszy wieczór. Rozmowa była ciężka, ale w końcu coś ustaliliśmy. Będzie moim pierwszym. Nawet to brzmi jak jakaś papierkowa umowa. Ale nie przeszkadza mi to. Chce go.
Nie będę żałować. Będę jego i to mnie cieszy. Ale co może ze mną zrobić...
Nie drążę tego w głowie. Najdelikatniej jak tylko umiem podnoszę jego rękę i próbuję po cichu wstać.
Moje nogi stykają się z podłogą. Za duża koszulka sięga mi do ud.
Na palcach wchodzę do łazienki.
Wziąć prysznic? Może powinnam. Ale jak pomyśli ze panosze się w jego domu?
Jednak muszę się odświeżyć. Ściągam koszulkę i majtki. Wchodzę pod przeszklony prysznic i puszczam strumień gorącej wody. Zamykam oczy, a głowę odchylam do tylu. Pozwalam się zrelaksować. Nakładam jego szampon i płyn do ciała. Świetnie pachną.
            Moja kąpiel nie trwa długo. Owijam się ręcznikiem i cicho wychodzę. Jednak Matthew nie śpi. Podpiera się na rękach Zaspany i zdezorientowany. Na mój widok od razu się uśmiecha.
            - Nie chciałam cię budzić..- wskazuje na drzwi od łazienki.
            - Nie obudziłaś mnie. Bardziej myślałem, że uciekłaś.
            - Nie zrobiłabym tego - marszczę brwi.
            - Po tym co ci powiedziałem, miałaś prawo
            - Przyjęłam to do wiadomości.
            - Chodź do mnie.
            - Tak?- pokazuje na ręcznik.
            - Tak. Chodź.
            Powoli podchodzę do łóżka i siadam na jego brzegu. Matthew przyciąga mnie nieco bliżej. Jeździ ręką po moich plecach. Uśmiecham się do niego dyskretnie ściskając ręcznik.
            - Mieszasz w moim życiu Rosemary.
            - Powiedz i wyjdę..
            - Ale ja nie chcę, żebyś odchodziła.
            - Cieszę się..
            - Nie wiesz co cię czeka - przewraca nas gwałtownie i jest nade mną.
            - Wiem - patrzę na jego twarz przełykając ślinę
            - Nie masz pojęcia.
            - Wiem - przyznaje.
            - Więc co takiego?
            - Wiem, że nie wiem - wyjaśniam z uśmiechem.
            Przygryza moją wargę, a potem mnie czule całuje. Oddaje pieszczotę z wielką przyjemnością. On się uśmiecha. Trzyma dłonie na moich udach. Czuje jego dotyk na mojej skórze.
            - Mam dla ciebie świeże rzeczy. Przewidziałem to.
            - Nie trzeba było.
            - Trzeba.
            - Wiec dziękuje.
            - Wiesz, że teraz będę bardzo zazdrosny - przymruża oczy i znów nasze usta mają styczność.
            - Nie będziesz miał o co. Mnie nie dotyczą takie rzeczy.
            - Nie? Christian Tomlinson.
            - On.. wyjaśniliśmy sobie wszystko - gasnę na wzmiankę o nim.
            - I wszyscy inni mężczyźni, którzy oglądają się za twoim tyłkiem.
            - Nie w moim przypadku. Na prawdę. Jestem niegroźna..
            - Uwielbiam cię, ale musisz wstać bo będziemy mieć problem. I zerżnę cię w tym łóżku.
            Moje usta otwierają się gdy jego słowa wprowadzają mnie w osłupienie. Odrywa się ode mnie i kładzie obok. Czy on właśnie to powiedział? Pragnie mnie? Teraz? Do głowy wpada mi szalona myśl.
            - Wiec może zostaniemy jeszcze chwile..?- ledwo mnie słychać.
            - Dla mnie? Możemy zostać. Ale nie wiem jak ty - mruczy.
            - Okay - całuje go nieśmiało.
            Wsuwa język do moich ust. On oddaje pocałunek z dużo większą siłą. Wzdycham gdy zaczyna walczyć z moim. Dłoń Matthew rozsuwa moje nogi. Jego palce dotykają wnętrze moich ud. Zaciskam je automatycznie robiąc się czerwona.
            - Jeśli chcesz możemy poczekać.
            - Ja tylko...już nie będę. Przepraszam.
            Patrzy na mnie łagodnym spojrzeniem. Całuje moje usta. Tak idealnie się ze sobą łączą.
            - Nie masz za co. Wiem, że nie jesteś doświadczona w takich sprawach.
            - To okropne. Nie dziwie się, że nie chcesz.
            - Słucham? - Marszczy brwi zdezorientowany. - Pragnę cię. Chcę cię uczyć tego wszystkiego. Chcę, żebyś czerpała przyjemność.
            Patrzę na niego niepewna jego słów. To dla mnie dużo. Od wczoraj wiele się wydarzyło. Każde wyznanie jest dla mnie ważne.
            - Czuje się przy tobie dobrze.
            Mówię w końcu
            - I tak właśnie ma być.
            Pragnę go wiec, dlaczego cały czas to blokuje? Jestem na siebie zła. Czuję jak całuje moją szyję. To tak bardzo przyjemne. Przenika całą mnie. Nieświadomie puszczam ręcznik.
Odsuwa materiał i zostaję pod nim naga.
            - Dogodzę ci - mruczy seksownie do mojego ucha.
            Czuje potrzebę zasłonięcia się, ale nie zrobię tego. Nie teraz, nie z nim. Nie mogę się wstydzić. Tak bardzo tego chciałam. Zagryzam wargę czując jego ciało tak blisko. Pragnę ponownie posmakować jego ust. Ale on już jest niżej. Wyznacza ścieżkę między moimi piersiami. Oddech mężczyzny drażni moją skórę. To piekielnie dobre. Sprawia, że zapominam nawet o tym, że widzi mnie nagą.
            Moje myśli odpływa ja daleko. Jestem tylko ja, Matthew i jego usta. Obezwładnia mnie całą. Wysuwa język i krąży nim wokół mojego pępka. Och...tylko tyle...aż tyle.
Oddech znacznie przyspiesza. To jest takie erotyczne. Zasysa skórę i zjeżdża ustami niżej. Czuje napięcie i gorącą atmosferę miedzy nami. Nigdy nie byłam z mężczyzną w łóżku, wiec to wszystko jest zupełnie nowe. Każdy jego ruch jest dla mnie zagadką. Właśnie teraz czuję go przy płatkach kobiecości. W ostatniej chwili powstrzymuje się przed zatrzymaniem go. Przecież nie mogę tego przerwać.
            Biorę głęboki oddech i zamykam oczy. Delikatnie się denerwuje, ale próbuję odprężyć. Język bruneta zatacza kółka.
            - Ach..- wyrywa mi się.
            Zaciskam dłonie na materiale białego prześcieradła. Pieści mnie powoli i z wyczuciem. Nie kontroluje, gdy nagle moje biodra wprawiają się w ruch.
            - O tak maleńka, zaraz dojdziesz - odrywa się na moment.
            - Zrób to..- dlaczego nie przejdzie do rzeczy?
            - Za chwilę. Wybuchnij - szepcze i czuję dwa palce przy swoim wejściu, a zaraz w środku.
            Dosłownie sekundę później moje ciało wygina się w łuk a ja dochodzę. To dziwne uczucie. Po raz pierwszy czuję coś takiego. Wybuch. Fala ciepła. Wszystko na raz. Osobisty raj na ziemi. Oddycham szybko i urywanie.
            Matthew odnajduje moje usta i pieczętuje to pocałunkiem. Zsuwa swoje dresy Zatracam się w pocałunku by nie myśleć o tym co za chwile nastąpi. Jestem świadoma bólu, ale teraz przyjemność pochłania moje ciało. Łapie go za kark. Nie ważne co jest odpowiednie. Chce go całą sobą.

wtorek, 16 września 2014

Rozdział 7

            - Zapraszam cię na kolację Rosemary.
            - Bardzo chętnie - wyduszam zaskoczona.
            - Cieszę się - posyła mi uśmiech.
            - Ja również
            - To czemu się nie uśmiechasz?
            - Ja..- jąkam się.
            - Tak?
            - Nic. - gorzej już nie będzie.
            - To się uśmiechnij. Ja to robię.
            I to nieziemsko. Biorę oddech i posyłam mu na pewno wyglądający jak grymas uśmiech.
            - Pięknie. Idziemy maleńka.
            Rumienie się na określenie jakiego użył. A on jest zadowolony z tego jak reaguje. Bierze mnie za rękę i sprowadza na dół. Opuszczamy jego willę i wsiadamy do auta.
            - Dziękuję – mówię, gdy parkuje pod moim domem.
            - No leć po rzeczy - Popędza mnie.
            - Na prawdę nie warto zachodu.
            - Idź - warczy.
            Zmieszana wychodzę i wracam z torbą. To dziwne, że tak szybko zmienia humor. Mam nadzieje, że to chwilowe. Podwozi mnie pod hale.
            Wychodzę i kieruje się do szatni.
Jestem pełna ekscytacji. Zaprosił mnie na kolacje. Mnie! Staram się skupić na treningu. Jest dosyć ciężki. Mięśnie ściskają się utrudniając mi oddech. Boje się? Nie wiem. Nie rozumiem co dokładnie ma na myśli.
            Nie podejmuje więcej tematu. Nie odzywa się po prostu. Droga jest piaszczysta i pomimo ciemności, dla Matthew nie jest to nic trudnego. Wyobrażam sobie jak to auto musi być brudne. Gdy zatrzymuje się po godzinie dostrzegam efekty trasy. Boje się? Nie wiem. Nie rozumiem co dokładnie ma na myśli..
            - Chodź - bierze mnie na ręce. Jest tu piasek
            Kierujemy się na schody, które prowadzą do domu na wzgórzu Uspokajam rytm swojego serca i z całych sił staram się nie patrzeć na jego twarz. Chowam się w jego szyi. Poprawia mnie niosąc na górę.
            Muszę być ciężka, a on ma tyle schodów. Dyskretnie zaciągam się zapachem jego skory i perfum. To coś upajającego. Mogłabym to wdychać codziennie.
            Słyszę otwieranie drzwi i znajdujemy się w środku. To drewniany domek piętrowy. Jest kominek oraz barek. Na stole czeka kolacja. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
            Matthew obejmuje mnie w talii i uśmiecha się.
            - Nie szykowałem kolacji dla żadnej kobiety.
            Czerwienie się słysząc to i jedynie delikatnie uśmiech. Bo co miałabym powiedzieć?
Uśmiecham się.
            Prowadzi mnie do stołu i odsuwa krzesło.
            - Dzięki - siadam. Mężczyzna nalewa wina i zajmuje miejsce na przeciwko mnie.
            - Nie umawiam się na randki - patrzy na mnie uważnie. - Az do dziś.
            - Och..
            - To jest duże Och. Jeśli nie zrezygnujesz nie dam ci spokoju.
            - Zapamiętam..
            - A jak się zgodzisz to na zabawę.
            - Zabawę?- unoszę brwi rozbawiona.
            Kiwa głową cały czas nie spuszczając ze mnie wzroku.
            - Ostrą zabawę.
            Chyba nie do końca jestem pewna co ma na myśli. W końcu może mówić o różnych rzeczach. Waham się zapytać. Ale Matt to wyczuwa. - Chodzi o seks.
            Z nagłą trudnością połykam zawartość jedzenia w moich ustach. Przybieram niewzruszoną minę.
Seks... Co on ma tak dokładnie na myśli.
            - Nie chodzi o jednorazową noc ani o wykorzystywanie cię. Chodzi o dawanie przyjemności nam obojgu.
            - Nie jestem przekonana czy rozumiem...
            - Czego nie rozumiesz?
            - Do czego zmierzasz..- chyba szepcze.
            - Do tego, że byłabyś moją kobietą.
            O boże. On mnie chce. Właśnie to powiedział.
            Zaskoczona siedzę przez chwile nie wiedząc co mam powiedzieć. Dla mnie ta informacja jest niemalże nierealna. Nie pomyślałabym, że mogę mu się podoba a on mnie pragnie. Matthew White mnie pragnie jak mężczyzna kobietę.
            - Ja?
            - Tak. Ty Rosemary - mówi wolno.
            - Zaskoczyłeś mnie.
            - Domyślam się.
            - Oczekujesz teraz ode mnie odpowiedzi?- czuje się zmieszana.
            - Tak.
            - Ymm.. ja..
            - Po kolacji pojedziemy do ciebie. Prześpisz się z tym i jeśli się zgodzisz, pokaże ci mój pokój zabaw.
            - Okay..
            Bierze moją dłoń i całuje. Tym razem jego wargi dłużej stykają się z moją skórą.
            - Nie jesteś dziewicą, prawda? - pyta prawie retorycznie.
            Moje oczy rozszerzają się a ja chce zapaść się pod ziemie.
            - Mała..
            Odwracam wzrok i mocno zagryzam wargę. Rumienie się i to pewnie mnie zdradza. W końcu patrzę na Matthew, który jest zszokowany.
            - Jakoś nigdy..
            - To wszystko wyklucza - Puszcza moją dłoń.
            - Co.. nie.- nagle ogarnia mnie panika.
            Chce mnie zostawić. Już nie chce. Dlaczego...
            - Przepraszam..
            - Co? - patrzy na mnie. - To nie twoja wina. Po prostu nie możemy pójść na taki układ, kiedy jesteś dziewicą. To oddasz temu…
            - Rozumiem.- próbuje brzmieć normalnie.
            - Jedynemu - kończy.
            - Robi się późno..- zauważam. Czuje się dziwnie źle.
            - Jedz. Musisz zjeść. Potem cię odwiozę - widzę po nim, że jest zmieszany. Jakby walczył ze sobą.
            - Na prawdę wole..- wstaje odsuwając krzesło.
            - Siadaj - warczy. - Jedz, albo sam cię nakarmię.
            Siadam lekko przestraszona Kończę kolacje. Ledwo co przełykam. Jestem zdenerwowana i zmieszana. Matthew nie sprząta, tylko bierze mnie za rękę. Prowadzi do wyjścia, ale nagle przyciera mnie do ściany obok drzwi.
            - Muszę...Muszę cię pocałować - szepcze patrząc na moje usta.
            Kiwam głową patrząc mu w oczy. Dotyka palcami mojej dolnej wargi, a potem błądzi nimi po policzku. Mój oddech jest urywany. Nie wytrzymuje. Odpycham się rekami od ściany i dosięgam jego warg.
Znów mnie przypiera. Nasze usta łączą się w namiętnym pocałunku. Czuć to tak dobrze, tak cudownie. Tego pragnęłam. Marzyłam i wyobrażałam. Już boję się pustki po wyjściu.
Trzyma moje ręce mocno w swoich. Jego kolano rozsuwa moje nogi. Usta dalej przylegają do siebie. Wsuwa palce w moje włosy. Czuję euforię w całym ciele. Nigdy jeszcze całowałam się z mężczyzną. Tym bardziej takim. Mającym to w jednym palcu.
            Odwracam lekko głowę, gdy czuje brak powietrza. Jego przyspieszony oddech owiewa moją szyję. Składa na niej drobne pocałunki. Przymrużam oczy z przyjemności jaką odczuwam. Powoli wraca do moich ust. Tym razem całuje je z namaszczeniem. Powoli.
Oddaje to najlepiej jak tylko jestem w stanie. Mężczyzna opiera dłonie po obu stronach mojej głowy. Te pocałunki są takie cudowne. Wszystko dookoła znika  Z obawą, że zrobię to nieodpowiednio kładę dłoń na jego policzku.
Jestem dziś szczęśliwa. Upajam się ulotnymi chwilami.
            - Dziękuję..- szepcze, gdy ten nadal delikatnie mnie całuje.
            - Za co? - pyta równie cicho. Muska moje usta.
            - Za...wieczór..
            - A ja dziękuję za tę przyjemność posmakowania twoich ust. Chciałbym całować je codziennie.
            - Przeczysz sam sobie..- nie udaje mi się ukryć żalu.
            - Nie. Po prostu nie zrobię czegoś czego możesz żałować.
            - Będę szła.
            - To będzie jakieś 50 kilometrów. Pewna jesteś? - kładzie dłonie na moich biodrach.
            - Piłeś, wezmę taksówkę. - odszukuje czegokolwiek w jego twarzy.
            Patrzy na mnie z podziwem i uśmiechem. Zahacza o krawędź mojej sukienki i wzdycha.
            - Zostaniesz. Tutaj. Na noc. Chodź maleńka - kładzie dłoń na moich plecach i prowadzi na górę.
            Biorę głęboki oddech i kieruje się tam gdzie mi pokazuje. To przytulna sypialnia z drewnianym łóżkiem i widokiem na jezioro.
            - Jak ładnie..
            - Będziesz spać ze mną - szepcze mi do ucha.
~*~
Przepraszam, przepraszam, przepraszam i jeszcze raz najmocniej przepraszam.... Dlaczego? Ponieważ nie powiedziałam o małej, ale bardzo istotnej rzeczy mianowicie... Rozdziały które teraz dodaję są napisane jeszcze przez Skyfallgirl, z czasem, a będzie on trwał krótko zacznę dodawać prace mojego wykonania... Jeszcze raz przepraszam za ten błąd.
A tak przy okazji ciekawa jestem czy zauważycie zmianę pisania? Głupie pytanie, na pewno zobaczycie....

czwartek, 11 września 2014

Rozdział 6

            Czwartkowy poranek zaczyna się bardzo miło. Siedzę zaspana na łóżku i przecierając oczy, wpatruję się w telefon z wiadomością.

Nadawca: Matthew White.
Adresat: Rosemary Claire Travolt
Temat : Spotkanie oraz miłego dnia.

Mam nadzieję, że nie zapomniałaś Rosemary. To dla mnie ważne jak nie liczne sprawny nie związane z firmą.
Miłego dnia panno Travolt : )
Matthew White, prezes World White Corporation.

Przecieram oczy i analizuje wiadomość kilka razy.

Nadawca: Rosemary Clare Travolt
Adresat: Matthew White
Temat: Czekam na 16

Nie posądzałabym pana o emotikony. Pamiętam o naszym dzisiejszym spotkaniu. Dziękuje za miłe słowa i życzę tego samego.

Już chwilę słyszę plum - plum.

Nadawca: Matthew White.
Adresat: Rosemary Clare Travolt
Temat: A jednak

Lubię zaskakiwać. Jestem Matthew.

            Śmieje się na głos. Leniwie wstaje z łóżka i kieruje się do kuchni.
            - Cześć - Alice już ubrana lata po pomieszczeniu.
            Właśnie robi śniadanie. Ma na sobie legginsy i błękitną koszulę. Nie jej...
            - Czeeeeść,..- ziewam. - Śpi jeszcze?
            - Co, kto, ja nie wiem - torebka herbaty wypada z jej rąk. Później się śmieje.
            - Właściciel "twojej" koszuli mała - dokuczam jej.
            - Śpi - całuje mój policzek.
            - Alice ty rozpustnico.
            - Ojej - Rumieni się i sięga po filiżanki. - Chcesz kawy?
            - Chce. - to na prawdę znaczy coś jeśli ta dziewczyna się rumieni.
            Myślę, że musiała się zakochać. Zresztą Niall nie wygląda na mężczyznę, który wybiera sobie kobiety na jeden raz do łóżka. Jest ułożony i kulturalny. A poza tym...kochany.
Dołącza do nas 15 minut później.
            Jest rozespany co potęguje jego urok. Całuje mnie w policzek, a swoją dziewczynę w usta.
            - Fajna koszula skarbie. Mamy podobne gusta - uśmiecha się do niej, a w oczach tańczą iskierki radości.
            - Jesteście słodcy. – kwituje.
            - Dzięki - odpowiadają równo ze śmiechem.
            Blondyn pomaga Alice zrobić śniadanie i siadamy do stołu. Przy posiłku panuje wesoła atmosfera. Dopiero, gdy Alice znika w łazience, Niall patrzy na mnie uważnie.
            - Coś nie tak?- pytam nieśmiało.
            - Nie, nie - zaprzecza od razu. Opiera rękę o krzesło stojące obok. - Mój brat dawno nie mi stałej kobiety. Myślę, że gustuje w takich dziewczynach jak ty.
            - Nie znam go na tyle, ale ośmielę się nie zgodzić.
            - Uwierz mi, że tak Rosemary. Blondynki o niebieskich oczach.
            - Jest ich pełno..
            - Chodzi też o charakter. Matthew jest...Hm jedyny w swoim rodzaju - dodaje i patrzy na zegarek.
            - Jak i ty - wraca brunetka i wręcz brutalnie wpycha się na jego kolana.
            Całuje ją w policzek i posyła mi jeszcze jeden uśmiech. Tym razem Alice pożyczyła moją białą sukienkę.
            Wychodzą godzinę później a ja zostaje. Siadam przed telewizorem i przełączam kanały.
            Staram się wyłączyć myślenie. Zdecydowanie muszę mieć zajęcie
Może coś narysuję?
            Sięgam po kartki pod stolikiem i długopis na nich. Zastanawiam się jaki dom ma Matthew White. Duży? Mały? Willa? Rezydencja?
            Przelewam swoje wyobrażenia na papier. Czas mija. Sekunda za sekundą, minuta za minutą. Kiedy patrzę na zegarek jestem przerażona. 15.30. Porażka! Wstaje jak poparzona i biegnę do łazienki.
            Przecież musze się wyszykować. On tu zaraz będzie. Na pewno punktualnie.
Długo nie mogłam się zdecydować. W końcu wyciągnęłam szary kombinezon. To spodnie wraz z bluzką bez ramiączek, połączona w całość. Przeglądam się w lustrze delikatnie nakładając róż na policzki.
            Równo z odłożeniem błyszczyka słyszę dzwonek do drzwi. Idę otworzyć.
            Matthew stoi ubrany w spodnie od garnituru, biały podkoszulek i szarą marynarkę. Uśmiecha się do mnie.
            Uśmiecham się na jego widok i wpuszczam do środka.
            - Dzień dobry Rosemary.
            - Punktualnie..
            - Ja… Zazwyczaj się nie spóźniam - całuje delikatnie moją dłoń.
            Wstrzymuje oddech patrząc uważnie na jego twarz. Spogląda na mnie dalej z uśmiechem.
            - Wiec?- pytam jak ostatnia idiotka.
            - Więc idziemy. Pięknie wyglądasz. jak zawsze zresztą.
            Biorę torebkę i wychodzimy. Otwiera mi drzwi od auta i jedziemy. Od razu uderza mnie znany i tak uwielbiany przeze mnie zapach. Przez całą drogę obserwuje każdy jego ruch. Układ dłoni na kierownicy, napinanie się mięśni przy zmianie biegu. Wszystko. Jak można być tak idealnym? Zagryzam wargę. Mógłby mnie teraz wywieść w środek lasu a i tak bym nie zauważyła.
            - Włączyć radio? - pyta przerywając ciszę. Odwraca głowę w moją stronę. - Zapnij pas Rosemary.
            Robię to i poprawiam się w fotelu.
            - Lubię przestrzegać zasad.
            - To zrozumiałe.- kiwam głową.
            - I lubię gdy ktoś inny też je przestrzega.
            - Zapięłam.
            Na jego twarzy pojawia się uśmiech. Jest rozbawiony.
Dojeżdżamy pod drogą restauracje…POD DOM
            Mrugam oczami i siłą odwracam wzrok. Próbuję skupić się na wszystkim tylko nie na tym, aby znów zacząć mu się przyglądać. Wyjdę na wariatkę, a przecież dobra opinia jest ważna. Wzdycham cicho, gdy przyśpiesza. Auto mknie przez Tower Street. Mijamy budynki, ale nawet nie mogę im się przejrzeć. Prędkość jest duża. Och, on właśnie łamie przepisy. Jednak unika mandatu. Facet ma szczęście. Mnie zapewne by zatrzymali. Ale najpierw musiałabym umieć tak jeździć.
            Czarny mercedes z gracją zatrzymuje się przed wysoką, metalową bramą. Jest dokładnie dopasowana do ogrodzenia, które również robi wrażenie. Matthew stuka palcami o kierownicę, a mosiężna brama otwiera się. W budce przy wejściu stoi budka. Specjalnie dla ochroniarzy - wnioskuję z tabliczki Security.
            Mężczyzna kiwa głową i przyśpiesza podjeżdżając pod garaż zbudowany obok okazałej rezydencji. Jeśli mieszka w niej sam, ma bardzo dużo miejsca.
            Wysiada z samochodu i otwiera mi drzwiczki. Gdy oszołomiona wysiadam, jego silne ramię obejmuje mnie w talii. Jestem prowadzona do wejścia głównego. Okna są bardzo wysokie. Sięgają piętra. Przed domem są baseny, a raczej jeziorka z tak błękitną wodą jak na zdjęciu po przerobieniu.
            - Piękne..
            - Zapraszam do środka.
            Wchodzę przed nim do środka i ledwo utrzymuje się na nogach.
Kolana same się uginają, gdy widzę wnętrza. Stoję w holu podziwiając schody, które zaczynają się z prawej strony, robią półkowe i kończą z lewej. Pomiędzy nimi na dole stoi fortepian.
            Pokazuje mi wnętrze oprowadzając. Kuchnia. O mój Boże. Wielka. Ogromna. Jasne drewno i szklane szafki. Wszystko komponuje się z granatowymi ścianami.
Nawet gotowanie było by tu dużo lepsze.
            Jest też pół wyspa i stolik barowy. Stoją przy nich wysokie krzesła.
Podchodzę do jednego z nich i przejeżdżam palcami po blacie
            - Podoba ci się tu? - powoli podchodzi do mnie z ręką w kieszeni spodni.
            - Jak ze snu ..
            - Chcę, żebyś zaprojektowała mi sypialnię. Wymarzoną według ciebie - pochyla się Odgarniając kosmyk moich włosów. Odcina mi oddech gdy jest tak blisko. To jak wyobrażenie raju.
            Tyle razy dawał mi do zrozumienia, że mam się trzymać z daleka. A teraz mnie dotyka. Przełykam gule w gardle i staram się napełnić płuca powietrzem.
            - Napijesz się czegoś, zanim pójdziemy dalej? -pyta łagodnym głosem.
            - Poproszę..
            - A co byś chciała, panno Travolt? Wino? Woda? Sok? - sugeruje przechodząc na wyspę.
            - Wi.. wodę.
            - Jaką wodę? - patrzy na mnie jeżdżąc palcami po krawędziach szklanki.
            - Niegazowaną..- mruczę.
            Odwraca się i wyciąga z lodówki dzbanek z wodą. Słyszę szum, gdy nalewa ją do szklanki.
            - Dziękuję - biorę ją od niego.
            - Chodźmy dalej - obejmuje mnie w pasie i wychodzimy podwójnymi drzwiami.
            W końcu dochodzimy do pomieszczenia, o którym była mowa.
Pokój jest bardzo duży. Okno jest ogromne aż od parteru. Pod ścianą stoi łóżko z wysokim zagłówkiem , a naprzeciwko komoda. Na niej srebrny wazon.
            - Ładnie
            - Pusto. Zmienisz tu coś? - czuję jego wzrok na swoim profilu.
            - Zaproponuje parę rzeczy w najbliższym czasie. Pasuje?
            - Nie spieszy mi się - rysuje palcami kółka na moim biodrze.
            Tak bardzo upaja mnie jego bliskość.
            Uśmiecha się do mnie. Prowadzi mnie do bardzo dużej garderoby. Jest dwa razy większa niż mój pokoju.
            Poza tym ten dom w ogóle jest bardzo duży.
            - Można się tu zgubić.
            - Mam windę. Nie widziałaś jeszcze drugiego skrzydła.
            - Jeśli to nie problem. Nie chce zabierać czasu..
            - Nie. Ale to ty masz dziś trening.
            - Och.. no tak - kompletnie o tym zapomniałam.
            - Odwiozę cię.
            - Do domu.
            - Tak. Później na trening. A później chciałbym, żebyś zjadła ze mną kolacje.
            - Słucham?- musiałam się przesłyszeć.

wtorek, 9 września 2014

WAŻNE

No więc tak... Nie wiem za bardzo od czego zacząć, ale jakoś w końcu muszę.
Blog, który pisała Skyfallgirl teraz ja ( Happily ) będę kontynuować. Powód? Za mało czasu. Chciałabym, aby nie była to historia, która skończy się po 10 rozdziałach. Ale to zależy od Was. Ostrzegam, że nie piszę aż tak dobrze jak Skyfallgirl, ale postaram się zastąpić ją jak najlepiej umiem. Zachęcam do czytania i komentowania, ponieważ wiem, że mój wysiłek dla Was nie idzie na marne... :D

środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział 5

Alice stawia na stół sałatkę z czerwoną fasolką i uśmiecha się zadowolona. Przygotowała juz wszystko. Nawet nie wpuszczała mnie do kuchni po obiedzie. Myślę, że naprawdę się wkręciła.
            Ubieram nowy nabytek i robie wysokiego kucyka. Mam nadzieje, że ten Niall to nie jakiś nadęty bufon. Chciałabym nawiązać z nim dobry kontakt.
            Skoro Alice zależy, to mi również. Drzwi otwierają się, a ja wchodzę do holu. Ah...Christian.
             - Cześć - mruczy. Jest w koszuli i jeansach. Ma wino.
            - Cześć
            - Christian?! - krzyczy jego siostra z salonu.
            Łapie go za ramie i zatrzymuje.
            - Co? - patrzy na mnie.
            - Nie bądź zły.
            - Nie jestem.
            - Na pewno?
            - Tak. Ślicznie wyglądasz - mówi i idzie ze mną do salonu. Przytula Alice.
            Punktualnie w salonie zjawia się blondyn. To przystojny, młody mężczyzna. Na oko wieku Christiana i Matthew. Ma na sobie granatową koszulę i czarne spodnie.
Rzeczywiście jest bardzo przystojny.
            - Witaj Rosemary - całuje moją dłoń, a potem podaje rękę Christianowi.
Siadamy do kolacji. Alice jest jak zaczarowana.
            - Czym się zajmujesz? - Christian musi odegrać rolę starszego brata.
            - Kończę aplikacje na prawie.
            - A jaka aplikacja?
            - Adwokacka.
            - Interesujesz się footballem? - schodzi na jego ulubiony temat.
            - Stary...gram kiedy tylko mogę.
            Christian się uśmiecha, a my już wiemy, że go kupił. Czuję dłoń bruneta na kolanie. Dalej rozmawia. Alice dolewa nam wina.
            Zabiera Nialla na górę do swojego pokoju mówiąc, że to coś ważnego.
            - Już go lubię - uśmiecha się do mnie i całuje w policzek.
            - To dobrze. Jest w porządku.
            - Tak mi się wydaję.
            - Bądź spokojny.
            - Jestem - Odgarnia mi włosy z policzków i podaje kieliszek wina.
            - Dzięki - biorę szkło do reki i przykładam do ust.
            Gdy po godzinie para do nas dołącza, jest w bardzo dobrych humorach. Niall wzbogacił się o kilka malinek .
            - No dobra. Za chwilę przyjedzie mój driver - śmieje się.
            - Fajnie było cię poznać - podaje mu rękę.
            - Mi ciebie też. Was - kiwa głową na Christiana.
            Jeszcze chwilę rozmawiamy stojąc w holu. Rozlega się pukanie do drzwi. Idę otworzyć.
            Śmieje się i staje w otwartych drzwiach. O framugę rękoma opiera się Matthew w zwykłych jeansach i koszulce. Jestem zdziwiona, ale na pewno nie rozczarowana. Mój umysł i ciało momentalnie reagują.
            - Dobry wieczór Rosemary. Wpuścisz mnie?
            - Tak, jasne to jest...proszę.
            Odsuwam się, a on dwoma krokami pokonuje próg. Stoję za nim i widzę, jak jego mięśnie pod koszulką napinają się. Patrzy na Christiana.
            Zagryzam wargę myśląc o co chodzi i powoli go wymijam.
            - Alice do ciebie - z kuchni wyłania się moja przyjaciółka i oczywiście z czarującym uśmiechem podchodzi do mężczyzny.
            - Witaj panno Tomlinson. Milo wreszcie panią poznać, ale nie przyjechałem do pani.
            - Takie słowa to prawdziwy cios - podaje mu rękę.
Ten pochyla się i ją całuje. Widzę jak Christian przewraca oczami. Niall właśnie ubiera marynarkę.
            - Jedziemy? - Matthew prostuje się.
           
- Znacie się - pyta Alice.
            - To mój brat - odpowiada lekceważąco blondyn, gdy zajęty jest całowaniem mojej przyjaciółki.
            Unoszę zdziwiona brwi. Nie wiedziałam, że Niall nazywa się White. W ogóle nie są nie podobni. Ale skąd mogłam wiedzieć. Czwórka rodzeństwa czy jest ktoś jeszcze?
            - To był świetny wieczór. - mówi blondyn.
            Christian obejmuje mnie ramieniem.
            - Cieszę się, że mogłeś przyjść- Alice jeszcze raz go całuje.
            Matthew odwraca się do mnie. A raczej do nas. W oczach jest po prostu lód.
            - Poczekam na dole. Dobranoc - omija nas, a brunet potrąca go ramieniem. W ułamku sekundy znajduje się przyparty mocno do ściany. - Tknij mnie jeszcze raz, kurwa - warczy.
            Niall wpada miedzy nich i rozdziela. Posyła swojej dziewczynie jedno spojrzenie i obaj bracia wychodzą.
            - Co ty robisz?! - Alice wybucha. - To jest mój szef idioto!
            - On też mógł sobie darować..- mówię cicho.
            Christian wywraca oczami i wymija mnie. Wychodzi trzaskając drzwiami. Świetnie.
            - I znowu jest zły.
            - Jest głupi. Po co on ciągle zaczyna - prycha.
Ściągając sukienkę idzie do swojego pokoju.
Obie znikamy u siebie. Przebrana kładę się i zasypiam.

Rozdział 5
            Odstawiam szklankę wody na blat. Poukładałam juz wszystkie książki. O wczorajszych zdarzeniach nie myślę. Skupiam się na tym co mam robić
            Jest wtorek, wiec jest bardzo dużo ludzi. Nie wiadomo czemu, ale zawsze tego dnia jest duży ruch. Co chwila cos nabijam na kasę.
            Automatycznie zwracam się do każdego klienta i posyłam grzecznościowy uśmiech.
            - Co proponujesz? Zafon czy cos innego? - słyszę pomruk za swoimi plecami.
            Odkładam trzymaną książkę i odwracam się.
            White. Matthew White uśmiecha się do mnie. Jest ubrany w garnitur. A ja? Ja tylko stare, wyprane jeansy i za duża koszulka.
            - Dzień dobry Rosemary.
            - Jak to jest że facet jak pan przebywa w księgarni jak ta i rozmawia z dziewczyną jak ja?- pytam nieśmiało.
            - Z dziewczyną, z którą nie powinienem w ogóle zajmować ani minuty jej cennego życia. Jednak to jest silniejsze. Wybacz za moje wczorajsze zachowanie, lecz twój przyjaciel jest bardzo irytujący - jego głos jest spokojny, ale słychać poirytowanie.
            - Nie wiem co się z nim ostatnio dzieje..
            - Nie chcę o nim rozmawiać. Jest zazdrosny - wsuwa dłonie do kieszeni i mi się przygląda.
            - Zazdrosny? O pana?- to absurdalne.
            - O ciebie - rzuca i odwraca się na pięcie. Zaciekawiony przechodzi do regału z książkami historycznymi.
            - Może pomogę?- proponuje cicho.
            - Na to liczę - odpowiada uśmiechając się nie znacznie. - Kiedy możemy się spotkać? W czwartek? chyba masz wolny. Przed treningiem - sugeruje.
            Skąd on to wszystko wie. Za każdym razem coraz bardziej mnie zadziwia. Najwidoczniej ma dostęp do wielu informacji.
            - Czwartek jest w porządku - mówię zawiedziona, że tyle przyjdzie mi czekać.
            Uzależniam się od nieplanowanych spotkań z Matthew. I chyba to mi się podoba. Ale dlaczego mówił, że chce mnie trzymać z dala? Co takiego zrobiłam? Hm...Cholera. jest zbyt tajemniczy, abym mogła uzyskać odpowiedź. Może niedługo, ale jeszcze nie teraz.
- Dobrze. A więc w czwartek o 16. Mam wcześniej parę spotkań - odpowiada zerkając na mnie. - Ładnie pani wygląda panno Travolt.
            O boże to sarkazm. To musiał być sarkazm. Najbezpieczniej będzie pozostać cicho.
Spuszczam wzrok, nie odzywając się. Słyszę kroki za nami. Mężczyzna mruży oczy, patrząc w punkt za mną.
            - Dzień dobry panie White. Jestem właścicielem księgarni. To miło tu pana widzieć - rozpoznaję głos Harryego.
            Uśmiecham się i robie miejsce brunetowi.
            - Witam - uściskają sobie dłonie.
            - Myślę, że będę tutaj częściej wpadać
            - Och. To groźba czy obietnica?
            - Będzie świetnie. Pomogłaś panu?- pyta mnie.
            - Jeszcze nie...- nie kończę.
            - Pomogła. Ma pan bardzo miłą pracownicę panie...- Matthew unosi pytając brew.
            - Styles. Harry Styles.
            - Panie Styles - kończy i posyła mi uśmiech.
            Jest w nim coś drapieżnego. Moje serce zmienia rytm i bije jak szalone.
Czy ja mam jakiekolwiek szanse...
            - Rosemary..- Harry pokazuje na czekającego klienta.
            - A tak, już - wybudzam się z letargu. Podbiegam do kasy, gdy obaj mężczyźni luźno rozmawiają.
            Czuje się bardzo źle gdy White opuszcza księgarnie. Tak jakby zabrał coś...Jakąś część mnie ze sobą.
            To męczące. Emocje przy nim i przy jego braku wykończą mnie.
            Czy to jest zauroczenie? Na pewno wcześniej nie czułam się tak jak teraz. Nigdy nie miałam swojego idola i nie wzdychałam na jego widok Za cholerę nie umiem sobie z tym poradzić.
            Po pracy idę do mieszkania przyjaciela. To nie jest tak daleko. Christian mieszka w jednym z nowych wieżowców. Parę ulic dalej. Pogoda dopisuje, wiec szybko pokonuję drogę.
Pukam stając przed jego drzwiami.
            Powoli się otwierają. Zaspany brunet leniwie wskazuje, abym weszła. Ma tylko spodnie od dresu
Klepie go po wytatuowanej klatce wchodząc do środka.
            - Cześć mała - Ziewa i idzie za mną.
            - Mów o co chodzi
            - A o co ma chodzić? - stoimy w dużym salonie.
            Ma tutaj wyjście na balkon oraz przejście do kuchni. Na brązowej sofie leży koc. Czyli tu spał.
            - Jesteś ostatnio nieswój. Martwię się.
            - Nie masz o co. Napijesz się czegoś? - pyta sam biorąc butelkę ze swoimi witaminami.
            - Chętnie - siadam przesuwając jego koszulkę.
            Chłopak idzie do kuchni, a ja przez chwilę obserwuję jego plecy. No cóż. Sportowiec. Rozglądam się po salonie. Jak to mieszkanie mężczyzny. Lekki bałagan. Przynosi mi kakao. Jak on mnie dobrze zna.
            Uśmiecha się do mnie siadając obok.
            - Powiedz mi - kładę nogi na jego kolana
            - Ty. Chodzi o ciebie - jeździ ręką po moim udzie.
            - To znaczy? Co takiego zrobiłam?
            - Nic nie zrobiłaś.
            - Czyli co - biorę łyk ciepłego napoju
Pochyla się i czuję jego wargi na swoich. Całuje mnie. Bardzo zachłannie.
            Co on robi?! Przecież to mój przyjaciel. Co ja mam zrobić?
Już rozumiem. Zazdrość. Tak.
            Otwieram szeroko oczy, gdy to wszystko do mnie dochodzi. Choć przez siłę jego pocałunków jest to bardzo ciężkie to odwracam głowę w bok.
            - Rosie - mówi do mojego ucha.
Jego ręka przesuwa się na moje biodro. Czuję się osaczona.
            - Ja.. przestań - zabieram nogi i przysuwam je do siebie.
            - Dlaczego? - jest ewidentnie zdziwiony.
            - Jesteśmy przyjaciółmi..
            - Chcesz tego - mruczy. Jego oddech owiewa moją szyję.
            - Odsuń się proszę.- to tylko on. Zaraz wszystko wróci do normy.
            - Mała daj mi szansę - prosi.
            - Chyba juz pójdę.
            - Rosie - czuję silne ramiona, które przemieszczają mnie na jego kolana. To dziwne. Inne. Nietypowe. Zaczynam się denerwować.
            - Puść..- mówie słabo.
            - Dlaczego? - pyta tuż przy moich uchu. Wcale nie czuję podniecenia. Jest mi źle. Christian jest moim przyjacielem, ale jego gesty przekraczają granicę.
            - Puść. Po prostu mnie zostaw.
            - Biznesmen lepszy, tak? - warczy. Trzyma mnie mocniej. W jego oczach widzę wściekłość. Przecież nigdy tak nie reagował. Ale... nigdy też żaden mężczyzna nie kręcił się przy mnie.
            - Nie mam nikogo. Zrozum.. miedzy nami jest przyjaźń. - na prawdę zaczynam odczuwać strach. Próbuje rozplątać jego ramiona z mojej talii.
            - Może być coś więcej - przekonuje mnie. Wyrywam się i wstaje. Christian patrzy na mnie jak wyrwany z transu. Jednak próbuje złapać mnie za rękę.
Robie krok w tył by mu to uniemożliwić.
            - Daj mi spokój.
            - Nie bądź na mnie zła. Przecież nie zrobię ci krzywdy - tym razem jest spokojny
            - Tak się zachowujesz - biorę głęboki oddech.
            - Nie prawda. Chcę cię uszczęśliwić.
            - Doprowadziłeś do tego, że się ciebie boje - zakładam pospiesznie sweterek i torbę na ramie.
            - Skarbie, znasz mnie. Nie zrobię ci krzywdy. Nie musisz się mnie obawiać - podnosi się. Góruje nade mną.
            Tak naprawdę nie wiem co może jeszcze zrobić, aby osiągnąć swój cel. Chcę mu dalej ufać, ale nie jestem w stanie.
            - Nie podchodź do mnie. Chce wyjść i przez najbliższy czas cię nie spotykać
            - Maleńka - słyszę jeszcze, zanim odwracam się i pośpiesznie opuszczam mieszkanie chłopaka.
            Będąc na świeżym powietrzu, oddycham z ulgą. O matko...To było szokujące. Nie myślałam, że może się tak zachować. Ja nie jestem zabawką. Nie będę jego dziewczyną, bo nie pragnę niczego więcej niż przyjaźni. Ale teraz nie wiem czy i to może nas łączyć.
            Emocje chyba opuszczają moje ciało i czuje jak w oczach wzbierają się łzy.
Ocierając je, idę przez Londyn. Mijam przypadkowych ludzi, którzy i tak nie zwrócą na mnie uwagi,
            Wchodzę do domu i od razu idę do siebie. Musze się uspokoić i wyrzucić to z głowy.
Nie chcę ciągle o tym myśleć. Będę się dręczyć i płakać. Sama nie wiem kiedy leżąc na łóżku zasypiam

czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 4

Następnego dnia od rana jestem w pracy. Jest mały ruch.
            Siedzę przy kasie opierając łokcie o ladę. Przewracam kolejną stronę "Gry anioła". Mój szef juz jest. To znaczy obecnie udał się po kawę dla nas. Pozostaje mi tylko czytać. Na dworze pogoda jest paskudna wiec przynajmniej nie szkoda mi dnia.
            Słyszę dzwoneczek i Podnoszę wzrok. Widzę Harryego, który zmaga się z drzwiami. Jest straszny przeciąg.
            - Rosie, pomóż - prosi.
            Tylko on tak do mnie mówi. Podbiegam zza lady i biorę od niego kawę.
            - Nienawidzę Londynu. Poważnie, no nienawidzę - mamrocze pod nosem.
            - Przesadzasz - całuję jego policzek i wracam na swoje miejsce.
            - Ja? A byłaś kiedyś w Miami? Cieplutko. Mimo, że to Ameryka. Ooo, albo Hiszpania. Dobra. Jak wygram w lotto to się przeprowadzę. - rzuca na blat gazetę. - No nie chwaliłaś się, że będziesz na okładce.
            - Gadaj sobie a ja wi...co?
            - Tu - pokazuje niedbale na zdjęcie z pierwszej strony "Sun" , a potem bierze łyk kawy.
            Patrzę na okładkę. Znajduję się tam ja oraz Matthew trzymający mnie na rękach. " Czy wreszcie miliarder zdobył swoją księżniczkę?".
            - O boże.. On mnie zabije. Ja się zabije.
            Nie mogę uwierzyć, że tak łatwo wyłapali akurat te sytuacje. Dlaczego? I dopisali sobie własną zupełnie nieprawdziwą teorie.
            - Czyli co? Mam gratulacje domu w Hiszpanii?
            - Co? To pomyłka.
            - Tak? - patrzy na zdjęcie. - To ty. I Matthew White.
            - Nieporozumienie.
            - Niezłe porozumienie - uśmiecha się znacząco i szczypie moje biodra.
            Wypija kolejny łyk kawy, a ja myślę. Nie wiem co mam robić. Na pewno będzie zły. Jest teraz obiektem plotek. I to moja wina. A jak odwoła przez to Alice? O Boże. To byłby koniec. Czuła bym się jeszcze bardziej winna. Nie wybaczyłaby mi tego. Czuję się źle, że tak namieszałam. Popsuty przez pogodę humor, jest teraz jeszcze gorszy.
            Idę na magazyn posprzątać. Przynajmniej się czymś zajmę.
            Około czternastej przychodzi Christian. Akurat układam nowe książki na regały.
            - Przyszedłem pogratulować - mruczy.
            - Proszę nie zaczynaj.
            - Myślałem, że mi powiesz.
            - Niby co?- przenoszę na niego wzrok.
            - To że z nim jesteś - prycha.
            Jest zły, to akurat widać.
            - Ledwo go znam.
            - No a wszyscy mówią o was. Tylko o was - mrozi mnie wzrokiem.
            - To po prostu tak wygląda. Nic mnie z nim nie łączy.
            - Rose ... - ktoś wcina mu się w zdanie.
            - Panno Travolt.
            Nieruchomieje na ten głos. Odwracam się i kurczowo trzymam resztę książek by ich nie wypuścić. Matthew przerzuca kluczyki w palcach. Patrzy na mnie wyczekująco. Z wyrazu jego twarzy nic nie da się odczytać. Christian również odwraca się w jego stronę i od razu prycha.
            - Lowelas do ciebie - mówi ironicznie, wręcz z jadem.
            Mężczyzna Mruży oczy, zwracając teraz uwagę na mojego przyjaciela. Wcześniej jakby go nie zauważył. Lub ignorował.
            - Dla ciebie Pan - z jego gardła wydobywa się wręcz warkniecie. - Rosemary, chciałbym z tobą porozmawiać.
            - Wrócę do ciebie zaraz - mowie do przyjaciela i skrępowana wychodzę z drugim mężczyzną. - Przepraszam za niego.
            - Wybacz, że musisz być przeze mnie tematem plotek i pomówień. - Nie zwraca uwagi na moje słowa.
            - To moja wina, czuje się podle.
            Patrzy na mnie jakby nie rozumiejąc.
            - Nie widzę tu żadnej twojej winy panno Travolt - mruczy stojąc blisko mnie.
            - To przez moje złe samopoczucie. Trzeba było pozwolić mi upaść. Zostawić i odjechać - mówię jak nakręcona.
            - Przestań! - podnosi głos i łapie moje ramiona. - Przepraszam. Gdyby nie ja, nie byłabyś w mediach.
            - Najpierw szła bym dwa kilometry zmęczona po treningu a potem być może zemdlała i umarła z wyziębienia bądź wykrwawienia przez upadek. - szepcze bojąc się że każdy wyraz może mnie ośmieszyć.
            - Znalazłbym cię nie chcąc mieć wyrzutów sumienia. Dlatego trzymaj się ode mnie z daleka, abyś nie musiała być na to skazana.
            - Słucham?- patrzę na jego twarz lekko skołowana.
            - Nie chcę cię na to narażać. Nie zasługujesz.
            - Na co przepraszam?
            - Na plotki. Oszczerstwa. Na mnie. - kończy i mnie puszcza. Czuję się dziwnie, gdy nie stykam się z jego ciałem.
            - To mnie nie rusza. Znam prawdę. Zwykła praca i tyle. - kręcę głową jakbym wpajała to sobie samej.
            - Wybacz Rosemary - szepcze. Całuje moją dłoń i znika w tłumie przechodniów.
Kiedy moje ciało przyzwyczaja się do braku jego obecności wracam do Tomlinsona.
            - Szybka ta rozmowa - mówi.
            - Mogłeś sobie darować.
Wywraca oczami, zaciskając zęby. Harry przygląda nam się zza lady. No tak. Odstawiamy teatrzyk.
            - Idę, nie będę cię drażnił - mówi Christian i opuszcza księgarnia.
            Cudownie. Brakowało mi jeszcze kłótni z przyjacielem. Nie wiem co mam myśleć. Matthew mówi, że mam być nie być skazana na niego. Dlaczego? Może nie mam takiego prawa. Może to była aluzja? Nie chce żebym zawracała mu głowę. Ale mam mętlik w głowie. Nie lubię tego uczucia, gdy jestem rozdarta. Wzdycham i zabieram swoje rzeczy z zaplecza. Powinnam wrócić już do domu.
            Wyłączam muzykę, która płynie z głośników. W tym samym momencie czuję dłoń na nadgarstku. Harry patrzy na mnie z troską.
            - Jestem facetem i powiem ci, że jesteśmy bardziej pogmatwani niż kobiety.
            - Będzie miała szczęście.
            - Kto? - pyta nie za bardzo rozumiejąc co mam na myśli.
            - Ta jedyna - całuję jego policzek i wychodzę.
            Mam wrażenie, że urwie mi głowę. Tak strasznie wieje.
            Pociągam nosem starając się zrozumieć zazdrość Christiana i moje dziwne nie wiadomo, dlaczego pojawiające się przywiązanie do Matthew White'a. Może mi się to tylko wydaje.
            Przemarznięta do samych kości wchodzę do domu.
            Mam nadzieję, że Alice niedługo wróci. Chce się wygadać i przestać wracać do pustego mieszkania. Tak to zawsze jest weselej, gdy słyszę jak nawija o całym minionym dniu. W sobotę i niedzielę mam zajęcia. Jestem już na ostatnim roku architektury. Nie wiem co będzie dalej. Nawet nie wiem co będzie jutro.
            Siadam na kanapie z ciepłym napojem, czyli herbatą z cytryną. W dwa dni zdarzyło się tak wiele.
            Nie mam pojęcia jak będzie wyglądać moja przyszłość.
~*~
            Stoję na lotnisku, bujając się na stopach. Za chwilę przyleci Alice. Mam nadzieję, że zdążę na zajęcia, które mam za niecałe czterdzieści minut.
            Nie mogę się doczekać żeby ją zobaczyć.
            Ciekawe jak się tam bawiła. Myślę, że jest zadowolona z wyjazdu. Do tego ten Niall. Na pewno będzie o nim dużo opowiadać.
            Rozglądam się po raz kolejny i widzę brunetkę z walizką. Idzie uśmiechnięta w moją stronę. Podcięła włosy. Nie robiła tego od liceum!
            - Alice!
            Podbiega do mnie puszczając bagaż. Przytula się mocno.
            - Część, też tęskniłam. Bardzo - mówi.
            - Nareszcie mam cię z powrotem.
            - Tam było świetnie. Ale dobrze być już tu - uśmiecha się.
            Jest bardzo opalona. Musiało być gorąco.
             - Dzięki, że czekałaś. Nie pójdę dziś na zajęcia, ale ty leć.
            - Chodź- pomagam jej z rzeczami i wracamy do domu.
            - A, zapomniałabym - mówi opierając się o framugę drzwi wejściowych.
            Właśnie wychodzę.
            - Niall przyjdzie jutro na kolację. Możemy zaprosić Christiana, abyś nie czuła się samotna. To papa! - krzyczy i zamyka drzwi.
            - Poznam blondyna - mruczę i zmierzam na uczelnie.
            Droga nie jest długa. Jestem tam za dwie przed zajęciami. Biegnę korytarzem do aul, gdy potrącam mężczyznę na schodach. Moje zeszyty i projekty rozsypują się na stopniach, a ja jęczę zrezygnowana. Teraz spóźnię się na pewno. Kucam, a osoba na którą wpadłam robi to samo. Dostrzegam mankiet garnituru i srebrne spinki koszuli. Mam podnieść głowę?
            Zagryzam wargę i starając się nie zostać przyłapaną unoszę wzrok. Niebieskie oczy, teraz nieco podchodzące pod szare, wpatrują się we mnie przez chwilę.
            - Witaj - mówi Matthew i zbiera moje rzeczy.
            - Spotkania ze mną to dla pana zawsze kłopot.
            - Dla mnie? Nie. To ty się zaraz spóźnisz, Rosemary - wyciąga rękę z teczkami.
            - Dziękuję. - obieram ją dalej się jednak nie ruszając.
            Posyła mi uśmiech i sięga po moją dłoń. Pomaga mi wstać, ale robię to powoli. Chce na niego jak najdłużej patrzeć. Co?! Co ja... Jezu ale taka jest prawda.
            - Rosemary, spóźnisz się na zajęcia - dostrzegam tylko ruch jego warg. Po chwili dochodzi do mnie co mówi.
            - Jakie za...zajęcia. O boże. Dziękuję, przepraszam.. matko- mijam go i dosłownie wpadam do auli.
            Zajmuję swoje miejsce gdzieś z tyłu. Jak to możliwe, abym nie umiała się nawet wysłowić? Zapominam o wszystkim w jego obecności. To nie wydaje się być zdrowe.
Och...Skup się Rose. Musisz wrócić do rzeczywistości. Rysuj – podpowiada mi jakiś glos we mnie. Sięgam po ołówek.
            Otwieram szeroko oczy, gdy po pewnym czasie na mojej kartce dostrzegam te rysy. Jego rysy. Wpatruję się w szkic. Dlaczego kilka przypadkowych spotkań i on nie daje mi spokoju w mojej głowie. A może...Może ja nie chcę, że mi go dał? Wszystko jest takie skomplikowane.
            Wychodzę dalej zamyślona. Dobrze, że dzisiaj mam tylko te dwie godziny. Ile osób na uczelni ma taki sam czarny mercedes, który właśnie stoi na krawężniku? Chyba nikogo stąd nie byłoby na niego stać.
            - Mogę cię odwieźć. - słyszę.
To przeczy temu czego chciał dwa dni temu.
            - Nie trzeba.
            - Nie po to czekam.
            - Niepotrzebnie
            - Jesteś najbardziej roztargnioną osoba w całej Anglii. Boję się, że znów ci się coś stanie lub zemdlejesz a ja będę mieć wyrzuty sumienia, panno Travolt - mówi niskim tonem. Stanowczym. Otwiera drzwi od samochodu.
            - Dlaczego miałby je pan mieć?
Prycha. Jest dziwnie podenerwowany. Uhm, mam nadzieję, że nie z mojego powodu.
            - Chciałbym wiedzieć. Nie martw się. Tylko cię odwiozę skoro już tu jestem, Rosemary - może tez powinnam mówić mu na ty?
            - Dziękuję.
            Kiwa głową, a gdy wsiadam zamyka za mną drzwi. Obchodzi z nieukrywaną gracją auto. On to robi tak niekontrolowanie? Zajmuje swoje miejsce i rusza spod budynku uczelni.
            Znowu ten zapach perfum zamknięty w tak małym pomieszczeniu. Nie wiem, gdzie mam wbijać swój wzrok. W szybę, w niego czy w buty. Zauważam swoją rozwiązaną sznurówkę. Muszę o niej pamiętać przy wysiadaniu z auta. Nie chcę zaliczyć gleby.
- Więc kiedy wraca pani Alice? - pyta przerywając ciszę. Przekręca gałkę radia i po chwili słychać " Read all about it" Emeli Sende.
            - Wróciła.
            - Świetnie - mówi zadowolony. - Przedstawiciele mojej firmy się z nią spotkają. Pracę już ruszyły.
            - Cieszę się.
            - Ale nie będę z tobą o tym rozmawiać, Rosemary. Musisz zacząć na siebie uważać.
            - Uważam - bronie się.
            - Nie. Nie uważasz - zaprzecza od razu.
            - Tak.
            Zaciska usta w cienką linię. Widzę też jak mocniej łapie kierownicę. Zatrzymuje się na skrzyżowaniu dwie ulice przed moim blokiem.
            Nie odzywam nie za bardzo wiedząc co mogłabym powiedzieć. Pewnie znów popełniłabym jakiś błąd. Pojawia się zielone światło i mężczyzna rusza.
            - Po prostu uważaj - mówi.
            - Jasne.
            - Do zobaczenia - wzdycha parkując. Znów otwiera mi drzwi. Wygląda jakby bił się z myślami.
            - Miłego dnia.- wyduszam z siebie.
            - Miłego dnia panno Travolt.
Czekam aż odsunie się by mogło mi wrócić myślenie.
jakby czytając mi w myślach robi krok w bok. Chwilę później łapie moją dłoń. Jestem zaskoczona tym ruchem.
            Patrzę na niego czując ciepło w miejscu gdzie moja skóra dotyka jego. Podnosi ją powoli do swoich warg. Na wierzchu mojej dłoni składa pocałunek. Uważnie obserwuje jego wargi i nieświadomie oblizuje swoje. Posyła mi uśmiech godny Oskara i znika we wnętrzu auta.
            Przytomnieje i ruszam do domu. Jeśli za każdym razem będę tak na niego reagować, to zejdę na zawał. Musze się uodpornić.
            Wchodzę do mieszkania i słyszę muzykę. Och, no tak. Alice wróciła. Dziewczyna jest w kuchni ubrana w luźne dresy i gotuje obiad. W tym akurat jest lepsza ode mnie.
            Witam się z nią i razem jemy.
            - Jak zajęcia? - pyta siadając przed laptopem.
            - Całkiem w porządku.
            Patrzy na mnie ciekawa. Uśmiecha się niewinnie.
            - To teraz opowiadaj czemu byłaś w mediach z Matthew Whitem.
            Przewracam oczami lekko zawstydzona i wszystko jej mówię. To jedyna osoba, która nie dopisze sobie sama historii, tylko poczeka aż dowie się prawdy. Jedna z jej dobrych cech.
            - Historia życia - chichocze. - Dostałam mail od World White. No, ale niestety nie jest on od mojego cudownego szefa - wzdycha rozczarowana.
            - Alice proszę...masz pana prawnika
            - A co? Jesteś zazdrosna?
            - Nie. Próbuje tylko uwolnić choć na chwile od niego myśli.
            - Aż tak cię męczy? - pyta wstając. Zmierza do kuchni. - Chcesz kawy?
            - Nie. Musze iść pogadać z twoim bratem. Chyba się pokłóciliśmy...
            - O ten artykuł? - wychyla się zza drzwi. - Porozmawiacie jutro. Przecież przyjdzie na kolację. Dzisiaj ma trening.
            - Cholera.- mruczę.
            - Mówiłam ci - słyszę jak nalewa wody do czajnika.
            - Pójdę do sklepu. Może znajdę jakąś sukienkę
            - Iść z tobą?
            - Jeśli masz czas..
            - Dla ciebie tak. Nie zdążyłam się obkupić. Przepraszam. Ale mam pocztówki i zdjęcia - uśmiecha się pijąc kawę.
            Godzinę później wchodzimy do jednej z większych galerii Londynu. Tu jest naprawdę wiele sklepów i okazji.
            Chodzimy szukając sukienki. Wchodzimy do jednego ze sklepów. W tym Alice wybiera sobie bieliznę. Gdy płaci jest w szoku. Ponieważ robi to z telefonu widzi ile ma pieniędzy.
            - O Kurwa....
            - Skąd...
            - Ty to widzisz?! - piszczy patrząc w telefon. Ewidentnie widnieje 10 000 funtów. Nie przejmuje się ekspedientka.
            - White - szepcze do niej.
            - Ale za co...Myślisz, że już mi wypłacił pieniądze? - odrywa swój wzrok od komórki i zwraca go ku mnie.
            - Możliwe.
            - Dużo...- wypuszcza powietrze z ust i zabiera torebkę z lady. Opuszczamy sklep.             Dziewczyna dalej jest w szoku i chyba jej się nie dziwię. W końcu to naprawdę spora suma. Chociaż nie dla Whitea. Nagle łapie mnie za rękę i prowadzi do jednego z markowych sklepów
            - Alice przemyśl to. Kasy nie cofniesz jak wydasz mała.
            - Nie przesadzajmy. Nie wydam Wszystkiego - uśmiecha się szeroko.
            Dobry humor jej nie opuszcza.
            - Kupię ci sukienkę. Jaką tylko chcesz. Wybieraj - pokazuje na regały z wieszakami.
            - Ooo nie. Nie ma mowy.
            - Cicho - karci mnie i biegnie do sukienek.
            Szuka mojego rozmiaru. Po dziesięciu minutach wyciąga w moją stronę rękę z niebieskim materiałem. Prawie jak moje oczy. Siłą wpycha mnie do przymierzalni.
Mierze ją i przeglądam się w lustrze.
Jest z dekoltem, odcięta nisko na biodrach z delikatnymi pomarszczeniami Jest śliczna...i piekielnie droga.
            - Za mała..- mówię do przyjaciółki ściągając ubiór.
            - To przyniosę ci o rozmiar większą. Nie ma problemu - patrzy uważnie, gdy wychodzę.
            - Źle się układa.
            - To wybierzemy inną. Jestem pewna, że jakaś będzie dobra.
            - Możemy próbować..
            - Więc wybieraj. I nie przejmuj się cenami cholera - dodaje sfrustrowana.
Chodzę miedzy wieszakami. Nie znajduje nic konkretnego. No więc Alice wyciąga mnie do kolejnego sklepu. Również drogiego.
            - Kupie coś później.
            - Nie ma czasu Później. Ja ci kupię - mówi i wybiera sukienkę pod mój gust.             Sprawdza rozmiar, a później udaje się do kasy. Pracownice sklepu są ubrane w szare spódniczki i białe koszulki. Mają też apaszki.
            - Alice..
            - Nie marudź. To sprawia mi przyjemność.
            - Odwdzięczę się…
            - Dobrym humorem na jutrzejszej kolacji - posyła mi uśmiech i płaci.             Cholera...Uparci są oboje z bratem. Bez wyjątku. Jeśli czegoś chcą to to osiągają. Myślę, że łatwiej im jest zdobyć swój wymarzony cel. Jak widać to się sprawdza. Christian jest u szczytu kariery, a Alice praktycznie też.
            Wracamy w bardzo dobrych humorach. Czuje się dziwnie przez to że tak długo nie widziałam Jego. STOP! Jakie długo? Przecież widziałam go.. źle ze mną.
            Niemożliwe, abym się do kogoś tak przywiązała. A jednak. I to do mężczyzny. Takiego mężczyzny. Przystojnego, nieprzyzwoicie bogatego. NIEOSIĄGALNEGO. Idę do pokoju i próbuje zająć się nauką.
            O tak. Najlepiej skupić się na czymś pożytecznym. Również chcę coś osiągnąć.
Siadam na łóżku i zajmuje się nowym, wymyślonym przez siebie projektem. Tym razem to sypialnia i jej wnętrze. Kolorowa. Tak, będzie kolorowa i przestronna.
            Plum, plum. Słyszę dźwięk maila na skrzynce pocztowej w telefonie. Sięgam po mojego Samsung’a i otwieram pocztę. Hm...ciekawa . wiadomość. Nadawcą jest sam Matthew White.
            O nie...znów o nim myślę.


Nadawca: Matthew White.
Adresat: Rosemary Clare Travolt.   


Skąd on wiedział jak mam na drugie? Cholera, a czego on nie wie...Zna nawet mój email i miejsce pracy. Powracam do czytania wiadomości.

Temat: Projekty.

Chciałbym wykorzystać twoje projekty Rosemary. Jeśli zgadzasz się na to, odpisz. Matthew White, prezes World White Corporation

Nadawca: Rosemary Clare Travolt
Adresat: Matthew White
Temat: Współpraca

Miło mi.
Takie słowa od samego pana White'a. Współpracuje pan z Alice (panną Tomlinson). Myślę, że należy kierować się jej wizjami.

Nadawca: Matthew White
Adresat: Rosemary Clare Travolt
Temat: Współpraca

Panna Tomlinson wykonuje dla mnie projekt biura. Twoje projekty się do tego nie nadają Rosemary. Pragnę ich w domu.
Matthew White

Nadawca: Rosemary Clare Travolt
Adresat: Matthew White
Temat: Współpraca

Jak na pana spodziewałabym się wyższych standardów. Chętnie zobaczyłabym moje projekty u pana w domu.


Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę jak to zabrzmiało. O boże. Co ja zrobiłam?
Zagryzam wargę, Przeczesując nerwowo włosy. Oczami wyobraźni widzę jego spojrzenie, które powoduje u mnie dreszcze. Strachu? Podniecenia? Zerkam na telefon widząc odpowiedź.

Nadawca: Matthew White
Adresat: Rosemary Clare Travolt
Temat: Projekty.

Więc nie widzę problemu. Umówimy się na spotkanie. Zobaczysz mój dom, a później sama zdecydujesz czy zechcesz w nim coś zaprojektować panno Travolt.

            - Jaka ty jesteś głupia - mowię do siebie.
            Kręcę głową. Teraz będzie jeszcze więcej z nim kontaktu i coraz większy mętlik. Odkładam telefon i idę pod prysznic.
            Woda spływa po moim ciele. Zaczynam lubić komplikacje. Sama je tworzę. Ale...miałam mu odmówić?
            To mężczyzna któremu się nie odmawia, któremu ja nie chce odmawiać. Ja...Cholera.