czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 4

Następnego dnia od rana jestem w pracy. Jest mały ruch.
            Siedzę przy kasie opierając łokcie o ladę. Przewracam kolejną stronę "Gry anioła". Mój szef juz jest. To znaczy obecnie udał się po kawę dla nas. Pozostaje mi tylko czytać. Na dworze pogoda jest paskudna wiec przynajmniej nie szkoda mi dnia.
            Słyszę dzwoneczek i Podnoszę wzrok. Widzę Harryego, który zmaga się z drzwiami. Jest straszny przeciąg.
            - Rosie, pomóż - prosi.
            Tylko on tak do mnie mówi. Podbiegam zza lady i biorę od niego kawę.
            - Nienawidzę Londynu. Poważnie, no nienawidzę - mamrocze pod nosem.
            - Przesadzasz - całuję jego policzek i wracam na swoje miejsce.
            - Ja? A byłaś kiedyś w Miami? Cieplutko. Mimo, że to Ameryka. Ooo, albo Hiszpania. Dobra. Jak wygram w lotto to się przeprowadzę. - rzuca na blat gazetę. - No nie chwaliłaś się, że będziesz na okładce.
            - Gadaj sobie a ja wi...co?
            - Tu - pokazuje niedbale na zdjęcie z pierwszej strony "Sun" , a potem bierze łyk kawy.
            Patrzę na okładkę. Znajduję się tam ja oraz Matthew trzymający mnie na rękach. " Czy wreszcie miliarder zdobył swoją księżniczkę?".
            - O boże.. On mnie zabije. Ja się zabije.
            Nie mogę uwierzyć, że tak łatwo wyłapali akurat te sytuacje. Dlaczego? I dopisali sobie własną zupełnie nieprawdziwą teorie.
            - Czyli co? Mam gratulacje domu w Hiszpanii?
            - Co? To pomyłka.
            - Tak? - patrzy na zdjęcie. - To ty. I Matthew White.
            - Nieporozumienie.
            - Niezłe porozumienie - uśmiecha się znacząco i szczypie moje biodra.
            Wypija kolejny łyk kawy, a ja myślę. Nie wiem co mam robić. Na pewno będzie zły. Jest teraz obiektem plotek. I to moja wina. A jak odwoła przez to Alice? O Boże. To byłby koniec. Czuła bym się jeszcze bardziej winna. Nie wybaczyłaby mi tego. Czuję się źle, że tak namieszałam. Popsuty przez pogodę humor, jest teraz jeszcze gorszy.
            Idę na magazyn posprzątać. Przynajmniej się czymś zajmę.
            Około czternastej przychodzi Christian. Akurat układam nowe książki na regały.
            - Przyszedłem pogratulować - mruczy.
            - Proszę nie zaczynaj.
            - Myślałem, że mi powiesz.
            - Niby co?- przenoszę na niego wzrok.
            - To że z nim jesteś - prycha.
            Jest zły, to akurat widać.
            - Ledwo go znam.
            - No a wszyscy mówią o was. Tylko o was - mrozi mnie wzrokiem.
            - To po prostu tak wygląda. Nic mnie z nim nie łączy.
            - Rose ... - ktoś wcina mu się w zdanie.
            - Panno Travolt.
            Nieruchomieje na ten głos. Odwracam się i kurczowo trzymam resztę książek by ich nie wypuścić. Matthew przerzuca kluczyki w palcach. Patrzy na mnie wyczekująco. Z wyrazu jego twarzy nic nie da się odczytać. Christian również odwraca się w jego stronę i od razu prycha.
            - Lowelas do ciebie - mówi ironicznie, wręcz z jadem.
            Mężczyzna Mruży oczy, zwracając teraz uwagę na mojego przyjaciela. Wcześniej jakby go nie zauważył. Lub ignorował.
            - Dla ciebie Pan - z jego gardła wydobywa się wręcz warkniecie. - Rosemary, chciałbym z tobą porozmawiać.
            - Wrócę do ciebie zaraz - mowie do przyjaciela i skrępowana wychodzę z drugim mężczyzną. - Przepraszam za niego.
            - Wybacz, że musisz być przeze mnie tematem plotek i pomówień. - Nie zwraca uwagi na moje słowa.
            - To moja wina, czuje się podle.
            Patrzy na mnie jakby nie rozumiejąc.
            - Nie widzę tu żadnej twojej winy panno Travolt - mruczy stojąc blisko mnie.
            - To przez moje złe samopoczucie. Trzeba było pozwolić mi upaść. Zostawić i odjechać - mówię jak nakręcona.
            - Przestań! - podnosi głos i łapie moje ramiona. - Przepraszam. Gdyby nie ja, nie byłabyś w mediach.
            - Najpierw szła bym dwa kilometry zmęczona po treningu a potem być może zemdlała i umarła z wyziębienia bądź wykrwawienia przez upadek. - szepcze bojąc się że każdy wyraz może mnie ośmieszyć.
            - Znalazłbym cię nie chcąc mieć wyrzutów sumienia. Dlatego trzymaj się ode mnie z daleka, abyś nie musiała być na to skazana.
            - Słucham?- patrzę na jego twarz lekko skołowana.
            - Nie chcę cię na to narażać. Nie zasługujesz.
            - Na co przepraszam?
            - Na plotki. Oszczerstwa. Na mnie. - kończy i mnie puszcza. Czuję się dziwnie, gdy nie stykam się z jego ciałem.
            - To mnie nie rusza. Znam prawdę. Zwykła praca i tyle. - kręcę głową jakbym wpajała to sobie samej.
            - Wybacz Rosemary - szepcze. Całuje moją dłoń i znika w tłumie przechodniów.
Kiedy moje ciało przyzwyczaja się do braku jego obecności wracam do Tomlinsona.
            - Szybka ta rozmowa - mówi.
            - Mogłeś sobie darować.
Wywraca oczami, zaciskając zęby. Harry przygląda nam się zza lady. No tak. Odstawiamy teatrzyk.
            - Idę, nie będę cię drażnił - mówi Christian i opuszcza księgarnia.
            Cudownie. Brakowało mi jeszcze kłótni z przyjacielem. Nie wiem co mam myśleć. Matthew mówi, że mam być nie być skazana na niego. Dlaczego? Może nie mam takiego prawa. Może to była aluzja? Nie chce żebym zawracała mu głowę. Ale mam mętlik w głowie. Nie lubię tego uczucia, gdy jestem rozdarta. Wzdycham i zabieram swoje rzeczy z zaplecza. Powinnam wrócić już do domu.
            Wyłączam muzykę, która płynie z głośników. W tym samym momencie czuję dłoń na nadgarstku. Harry patrzy na mnie z troską.
            - Jestem facetem i powiem ci, że jesteśmy bardziej pogmatwani niż kobiety.
            - Będzie miała szczęście.
            - Kto? - pyta nie za bardzo rozumiejąc co mam na myśli.
            - Ta jedyna - całuję jego policzek i wychodzę.
            Mam wrażenie, że urwie mi głowę. Tak strasznie wieje.
            Pociągam nosem starając się zrozumieć zazdrość Christiana i moje dziwne nie wiadomo, dlaczego pojawiające się przywiązanie do Matthew White'a. Może mi się to tylko wydaje.
            Przemarznięta do samych kości wchodzę do domu.
            Mam nadzieję, że Alice niedługo wróci. Chce się wygadać i przestać wracać do pustego mieszkania. Tak to zawsze jest weselej, gdy słyszę jak nawija o całym minionym dniu. W sobotę i niedzielę mam zajęcia. Jestem już na ostatnim roku architektury. Nie wiem co będzie dalej. Nawet nie wiem co będzie jutro.
            Siadam na kanapie z ciepłym napojem, czyli herbatą z cytryną. W dwa dni zdarzyło się tak wiele.
            Nie mam pojęcia jak będzie wyglądać moja przyszłość.
~*~
            Stoję na lotnisku, bujając się na stopach. Za chwilę przyleci Alice. Mam nadzieję, że zdążę na zajęcia, które mam za niecałe czterdzieści minut.
            Nie mogę się doczekać żeby ją zobaczyć.
            Ciekawe jak się tam bawiła. Myślę, że jest zadowolona z wyjazdu. Do tego ten Niall. Na pewno będzie o nim dużo opowiadać.
            Rozglądam się po raz kolejny i widzę brunetkę z walizką. Idzie uśmiechnięta w moją stronę. Podcięła włosy. Nie robiła tego od liceum!
            - Alice!
            Podbiega do mnie puszczając bagaż. Przytula się mocno.
            - Część, też tęskniłam. Bardzo - mówi.
            - Nareszcie mam cię z powrotem.
            - Tam było świetnie. Ale dobrze być już tu - uśmiecha się.
            Jest bardzo opalona. Musiało być gorąco.
             - Dzięki, że czekałaś. Nie pójdę dziś na zajęcia, ale ty leć.
            - Chodź- pomagam jej z rzeczami i wracamy do domu.
            - A, zapomniałabym - mówi opierając się o framugę drzwi wejściowych.
            Właśnie wychodzę.
            - Niall przyjdzie jutro na kolację. Możemy zaprosić Christiana, abyś nie czuła się samotna. To papa! - krzyczy i zamyka drzwi.
            - Poznam blondyna - mruczę i zmierzam na uczelnie.
            Droga nie jest długa. Jestem tam za dwie przed zajęciami. Biegnę korytarzem do aul, gdy potrącam mężczyznę na schodach. Moje zeszyty i projekty rozsypują się na stopniach, a ja jęczę zrezygnowana. Teraz spóźnię się na pewno. Kucam, a osoba na którą wpadłam robi to samo. Dostrzegam mankiet garnituru i srebrne spinki koszuli. Mam podnieść głowę?
            Zagryzam wargę i starając się nie zostać przyłapaną unoszę wzrok. Niebieskie oczy, teraz nieco podchodzące pod szare, wpatrują się we mnie przez chwilę.
            - Witaj - mówi Matthew i zbiera moje rzeczy.
            - Spotkania ze mną to dla pana zawsze kłopot.
            - Dla mnie? Nie. To ty się zaraz spóźnisz, Rosemary - wyciąga rękę z teczkami.
            - Dziękuję. - obieram ją dalej się jednak nie ruszając.
            Posyła mi uśmiech i sięga po moją dłoń. Pomaga mi wstać, ale robię to powoli. Chce na niego jak najdłużej patrzeć. Co?! Co ja... Jezu ale taka jest prawda.
            - Rosemary, spóźnisz się na zajęcia - dostrzegam tylko ruch jego warg. Po chwili dochodzi do mnie co mówi.
            - Jakie za...zajęcia. O boże. Dziękuję, przepraszam.. matko- mijam go i dosłownie wpadam do auli.
            Zajmuję swoje miejsce gdzieś z tyłu. Jak to możliwe, abym nie umiała się nawet wysłowić? Zapominam o wszystkim w jego obecności. To nie wydaje się być zdrowe.
Och...Skup się Rose. Musisz wrócić do rzeczywistości. Rysuj – podpowiada mi jakiś glos we mnie. Sięgam po ołówek.
            Otwieram szeroko oczy, gdy po pewnym czasie na mojej kartce dostrzegam te rysy. Jego rysy. Wpatruję się w szkic. Dlaczego kilka przypadkowych spotkań i on nie daje mi spokoju w mojej głowie. A może...Może ja nie chcę, że mi go dał? Wszystko jest takie skomplikowane.
            Wychodzę dalej zamyślona. Dobrze, że dzisiaj mam tylko te dwie godziny. Ile osób na uczelni ma taki sam czarny mercedes, który właśnie stoi na krawężniku? Chyba nikogo stąd nie byłoby na niego stać.
            - Mogę cię odwieźć. - słyszę.
To przeczy temu czego chciał dwa dni temu.
            - Nie trzeba.
            - Nie po to czekam.
            - Niepotrzebnie
            - Jesteś najbardziej roztargnioną osoba w całej Anglii. Boję się, że znów ci się coś stanie lub zemdlejesz a ja będę mieć wyrzuty sumienia, panno Travolt - mówi niskim tonem. Stanowczym. Otwiera drzwi od samochodu.
            - Dlaczego miałby je pan mieć?
Prycha. Jest dziwnie podenerwowany. Uhm, mam nadzieję, że nie z mojego powodu.
            - Chciałbym wiedzieć. Nie martw się. Tylko cię odwiozę skoro już tu jestem, Rosemary - może tez powinnam mówić mu na ty?
            - Dziękuję.
            Kiwa głową, a gdy wsiadam zamyka za mną drzwi. Obchodzi z nieukrywaną gracją auto. On to robi tak niekontrolowanie? Zajmuje swoje miejsce i rusza spod budynku uczelni.
            Znowu ten zapach perfum zamknięty w tak małym pomieszczeniu. Nie wiem, gdzie mam wbijać swój wzrok. W szybę, w niego czy w buty. Zauważam swoją rozwiązaną sznurówkę. Muszę o niej pamiętać przy wysiadaniu z auta. Nie chcę zaliczyć gleby.
- Więc kiedy wraca pani Alice? - pyta przerywając ciszę. Przekręca gałkę radia i po chwili słychać " Read all about it" Emeli Sende.
            - Wróciła.
            - Świetnie - mówi zadowolony. - Przedstawiciele mojej firmy się z nią spotkają. Pracę już ruszyły.
            - Cieszę się.
            - Ale nie będę z tobą o tym rozmawiać, Rosemary. Musisz zacząć na siebie uważać.
            - Uważam - bronie się.
            - Nie. Nie uważasz - zaprzecza od razu.
            - Tak.
            Zaciska usta w cienką linię. Widzę też jak mocniej łapie kierownicę. Zatrzymuje się na skrzyżowaniu dwie ulice przed moim blokiem.
            Nie odzywam nie za bardzo wiedząc co mogłabym powiedzieć. Pewnie znów popełniłabym jakiś błąd. Pojawia się zielone światło i mężczyzna rusza.
            - Po prostu uważaj - mówi.
            - Jasne.
            - Do zobaczenia - wzdycha parkując. Znów otwiera mi drzwi. Wygląda jakby bił się z myślami.
            - Miłego dnia.- wyduszam z siebie.
            - Miłego dnia panno Travolt.
Czekam aż odsunie się by mogło mi wrócić myślenie.
jakby czytając mi w myślach robi krok w bok. Chwilę później łapie moją dłoń. Jestem zaskoczona tym ruchem.
            Patrzę na niego czując ciepło w miejscu gdzie moja skóra dotyka jego. Podnosi ją powoli do swoich warg. Na wierzchu mojej dłoni składa pocałunek. Uważnie obserwuje jego wargi i nieświadomie oblizuje swoje. Posyła mi uśmiech godny Oskara i znika we wnętrzu auta.
            Przytomnieje i ruszam do domu. Jeśli za każdym razem będę tak na niego reagować, to zejdę na zawał. Musze się uodpornić.
            Wchodzę do mieszkania i słyszę muzykę. Och, no tak. Alice wróciła. Dziewczyna jest w kuchni ubrana w luźne dresy i gotuje obiad. W tym akurat jest lepsza ode mnie.
            Witam się z nią i razem jemy.
            - Jak zajęcia? - pyta siadając przed laptopem.
            - Całkiem w porządku.
            Patrzy na mnie ciekawa. Uśmiecha się niewinnie.
            - To teraz opowiadaj czemu byłaś w mediach z Matthew Whitem.
            Przewracam oczami lekko zawstydzona i wszystko jej mówię. To jedyna osoba, która nie dopisze sobie sama historii, tylko poczeka aż dowie się prawdy. Jedna z jej dobrych cech.
            - Historia życia - chichocze. - Dostałam mail od World White. No, ale niestety nie jest on od mojego cudownego szefa - wzdycha rozczarowana.
            - Alice proszę...masz pana prawnika
            - A co? Jesteś zazdrosna?
            - Nie. Próbuje tylko uwolnić choć na chwile od niego myśli.
            - Aż tak cię męczy? - pyta wstając. Zmierza do kuchni. - Chcesz kawy?
            - Nie. Musze iść pogadać z twoim bratem. Chyba się pokłóciliśmy...
            - O ten artykuł? - wychyla się zza drzwi. - Porozmawiacie jutro. Przecież przyjdzie na kolację. Dzisiaj ma trening.
            - Cholera.- mruczę.
            - Mówiłam ci - słyszę jak nalewa wody do czajnika.
            - Pójdę do sklepu. Może znajdę jakąś sukienkę
            - Iść z tobą?
            - Jeśli masz czas..
            - Dla ciebie tak. Nie zdążyłam się obkupić. Przepraszam. Ale mam pocztówki i zdjęcia - uśmiecha się pijąc kawę.
            Godzinę później wchodzimy do jednej z większych galerii Londynu. Tu jest naprawdę wiele sklepów i okazji.
            Chodzimy szukając sukienki. Wchodzimy do jednego ze sklepów. W tym Alice wybiera sobie bieliznę. Gdy płaci jest w szoku. Ponieważ robi to z telefonu widzi ile ma pieniędzy.
            - O Kurwa....
            - Skąd...
            - Ty to widzisz?! - piszczy patrząc w telefon. Ewidentnie widnieje 10 000 funtów. Nie przejmuje się ekspedientka.
            - White - szepcze do niej.
            - Ale za co...Myślisz, że już mi wypłacił pieniądze? - odrywa swój wzrok od komórki i zwraca go ku mnie.
            - Możliwe.
            - Dużo...- wypuszcza powietrze z ust i zabiera torebkę z lady. Opuszczamy sklep.             Dziewczyna dalej jest w szoku i chyba jej się nie dziwię. W końcu to naprawdę spora suma. Chociaż nie dla Whitea. Nagle łapie mnie za rękę i prowadzi do jednego z markowych sklepów
            - Alice przemyśl to. Kasy nie cofniesz jak wydasz mała.
            - Nie przesadzajmy. Nie wydam Wszystkiego - uśmiecha się szeroko.
            Dobry humor jej nie opuszcza.
            - Kupię ci sukienkę. Jaką tylko chcesz. Wybieraj - pokazuje na regały z wieszakami.
            - Ooo nie. Nie ma mowy.
            - Cicho - karci mnie i biegnie do sukienek.
            Szuka mojego rozmiaru. Po dziesięciu minutach wyciąga w moją stronę rękę z niebieskim materiałem. Prawie jak moje oczy. Siłą wpycha mnie do przymierzalni.
Mierze ją i przeglądam się w lustrze.
Jest z dekoltem, odcięta nisko na biodrach z delikatnymi pomarszczeniami Jest śliczna...i piekielnie droga.
            - Za mała..- mówię do przyjaciółki ściągając ubiór.
            - To przyniosę ci o rozmiar większą. Nie ma problemu - patrzy uważnie, gdy wychodzę.
            - Źle się układa.
            - To wybierzemy inną. Jestem pewna, że jakaś będzie dobra.
            - Możemy próbować..
            - Więc wybieraj. I nie przejmuj się cenami cholera - dodaje sfrustrowana.
Chodzę miedzy wieszakami. Nie znajduje nic konkretnego. No więc Alice wyciąga mnie do kolejnego sklepu. Również drogiego.
            - Kupie coś później.
            - Nie ma czasu Później. Ja ci kupię - mówi i wybiera sukienkę pod mój gust.             Sprawdza rozmiar, a później udaje się do kasy. Pracownice sklepu są ubrane w szare spódniczki i białe koszulki. Mają też apaszki.
            - Alice..
            - Nie marudź. To sprawia mi przyjemność.
            - Odwdzięczę się…
            - Dobrym humorem na jutrzejszej kolacji - posyła mi uśmiech i płaci.             Cholera...Uparci są oboje z bratem. Bez wyjątku. Jeśli czegoś chcą to to osiągają. Myślę, że łatwiej im jest zdobyć swój wymarzony cel. Jak widać to się sprawdza. Christian jest u szczytu kariery, a Alice praktycznie też.
            Wracamy w bardzo dobrych humorach. Czuje się dziwnie przez to że tak długo nie widziałam Jego. STOP! Jakie długo? Przecież widziałam go.. źle ze mną.
            Niemożliwe, abym się do kogoś tak przywiązała. A jednak. I to do mężczyzny. Takiego mężczyzny. Przystojnego, nieprzyzwoicie bogatego. NIEOSIĄGALNEGO. Idę do pokoju i próbuje zająć się nauką.
            O tak. Najlepiej skupić się na czymś pożytecznym. Również chcę coś osiągnąć.
Siadam na łóżku i zajmuje się nowym, wymyślonym przez siebie projektem. Tym razem to sypialnia i jej wnętrze. Kolorowa. Tak, będzie kolorowa i przestronna.
            Plum, plum. Słyszę dźwięk maila na skrzynce pocztowej w telefonie. Sięgam po mojego Samsung’a i otwieram pocztę. Hm...ciekawa . wiadomość. Nadawcą jest sam Matthew White.
            O nie...znów o nim myślę.


Nadawca: Matthew White.
Adresat: Rosemary Clare Travolt.   


Skąd on wiedział jak mam na drugie? Cholera, a czego on nie wie...Zna nawet mój email i miejsce pracy. Powracam do czytania wiadomości.

Temat: Projekty.

Chciałbym wykorzystać twoje projekty Rosemary. Jeśli zgadzasz się na to, odpisz. Matthew White, prezes World White Corporation

Nadawca: Rosemary Clare Travolt
Adresat: Matthew White
Temat: Współpraca

Miło mi.
Takie słowa od samego pana White'a. Współpracuje pan z Alice (panną Tomlinson). Myślę, że należy kierować się jej wizjami.

Nadawca: Matthew White
Adresat: Rosemary Clare Travolt
Temat: Współpraca

Panna Tomlinson wykonuje dla mnie projekt biura. Twoje projekty się do tego nie nadają Rosemary. Pragnę ich w domu.
Matthew White

Nadawca: Rosemary Clare Travolt
Adresat: Matthew White
Temat: Współpraca

Jak na pana spodziewałabym się wyższych standardów. Chętnie zobaczyłabym moje projekty u pana w domu.


Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę jak to zabrzmiało. O boże. Co ja zrobiłam?
Zagryzam wargę, Przeczesując nerwowo włosy. Oczami wyobraźni widzę jego spojrzenie, które powoduje u mnie dreszcze. Strachu? Podniecenia? Zerkam na telefon widząc odpowiedź.

Nadawca: Matthew White
Adresat: Rosemary Clare Travolt
Temat: Projekty.

Więc nie widzę problemu. Umówimy się na spotkanie. Zobaczysz mój dom, a później sama zdecydujesz czy zechcesz w nim coś zaprojektować panno Travolt.

            - Jaka ty jesteś głupia - mowię do siebie.
            Kręcę głową. Teraz będzie jeszcze więcej z nim kontaktu i coraz większy mętlik. Odkładam telefon i idę pod prysznic.
            Woda spływa po moim ciele. Zaczynam lubić komplikacje. Sama je tworzę. Ale...miałam mu odmówić?
            To mężczyzna któremu się nie odmawia, któremu ja nie chce odmawiać. Ja...Cholera. 

14 komentarzy:

  1. Omomom. Zarąbisty!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku jakie to jest super! Blagam szybko next <333333

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ładnie piszesz :)
    Matthew jest bipolarny! Raz nie chce widywac się z Rose, a później proponuje jej współpracę. Dziwny typ.
    Christian jest uroczy, gdy jest zazdrosny :)
    A Harry jest dobrym przyjacielem :3
    Życzę weny i powodzenia w pisaniu xx
    Pozdrawiam xx

    OdpowiedzUsuń
  4. Błagam next! To jest tak zajebiste opowiadanie <33

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Błagam next ♥

    OdpowiedzUsuń
  7. Jezu kocham nie moge sie doczekać kolejnego. Oni są tacy slodcy ❤️ Kocham i czekam na kolejny

    OdpowiedzUsuń
  8. Boskie*.* KOCHAM <333

    OdpowiedzUsuń
  9. Zapraszam do mnie! :)
    http://mojswiatwyobrazni.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń